|
o wystawie
obrazy
fotografie
katalog
teksty |
|
JULIAN JOŃCZYK
MALARSTWO MATERII - KONIEC CZY POCZĄTEK
"... c'est du macadam. c'est la fin
- et c'etait le commencement"
Michel Tapie
Motto, które przytaczam na wstępie tych krótkich rozważań ma pełnić w tym tekście rolę kluczową, dlatego należy kilka słów poświęcić jego wyjaśnieniu oraz wyjaśnić kontekst jego powstania. Odnosi się ono do wystawy Jeana Dubuffeta p.t. "Mirobolus, macadam et cie, hautes pates" (Galerie Drouin, Paris, Mai 1946). Ponieważ sformułowanie to jest dla piszącego te słowa wygodną metaforą i analiza tych słów wypełni znaczną część niniejszego tekstu, należy na wstępie przetłumaczyć je i opatrzyć komentarzem dotyczącym kontekstu powstania tej wypowiedzi.
W moim tłumaczeniu tekst ten brzmi:
"...to jest kamień tłuczony, to jest koniec
- a to był początek..."
Jest to tłumaczenie dosłowne. Właściwie aby oddać sens tych słów należałoby przetłumaczyć je bardzo swobodnie, na przykład tak:
"... ależ to kamień tłuczony, to oznacza koniec (malarstwa)
- a to był właśnie początek..."
Pierwsza część motta jest oczywiście przytaczaną przez krytyka obiegową (czy gdzieś napisaną) opinią o wspomnianej wystawie - druga rodzajem polemiki zahaczającej o proroctwo.
Po ponad pół wieku od jej ukazania się spróbujmy na obie części tego osądu spojrzeć w miarę chłodnym okiem.
Jeśli chodzi o kontekst: zakresy znaczeniowe obu przeciwstawnych słów są użyte w tym wypadku raczej w rozumieniu węższym, odnoszą się do konkretnego artysty czy do jego drogi twórczej. Wystawa ta bowiem otwierała nowy etap, była początkiem nowego okresu w twórczości J. Dubuffeta.
Jeśli chodzi o racje: obydwa człony zdania są sobie wyraźnie przeciwstawione.
Tyle, jeśli chodzi o czas historyczny, w którym te słowa są zakotwiczone. Moim zamiarem jest zaproponowanie wycięcia ich z tamtego czasu i wklejenia (jak w collage'u) we własny obraz, nieco bardziej panoramiczny, o boku "dłuższym" o lat pięćdziesiąt. Chodzi mi mianowicie o historię sztuki współczesnej. Ale nie tylko. Szerzej: o świadomość związaną z tym wycinkiem kultury jakim jest sztuka, a szczególnie malarstwo.
Uczestnicząc w początkach powstawania i rozwoju form (a nawet innej działalności) nie zawsze, a raczej rzadko, zdajemy sobie sprawę z konsekwencji jakie wynikają z tych czy innych działań lub zaniechań. I nie zawsze sami potrafimy wyciągnąć odpowiednie wnioski. Tak było chyba w latach 60-tych w naszej sytuacji. Zauroczeni nowością, zbyt późno (niektórzy wcale) zdaliśmy sobie sprawę, że coś osiągnęło swój kres ("c'est la fin") i należałoby zmienić może swoją postawę.
I tu chciałbym wkleić to motto przytoczone na wstępie, nadając mu rozszerzony sens. Sądzę bowiem, że obydwa człony tego sformułowania : koniec i początek są równie prawdziwe i wcale się nie wykluczają.
Tak. To jednak był koniec malarstwa (myślę o całej sztuce zwanej malarstwem gestu i późniejszej, nazywanej czasem malarstwem materii). Koniec w sensie ideowym, jako że płaszczyzna obrazu została zidentyfikowana z fragmentem rzeczywistości. Logiczną konsekwencją i następnym krokiem było potraktowanie przestrzeni (ziemi, powietrza, wody, etc...) jako płaszczyzny mogącej służyć zabiegom dotychczas ograniczonym przez prostokąt płótna. I to był właśnie początek ("et c'etait le commencement").
Początek czego? Nowej świadomości sztuki? Nowego rozumienia przestrzeni?
Innego pojęcia czasu w dziele sztuki jako funkcji "bicia serca" artysty?
Tak więc okazuje się jeszcze raz, że paradoksy oddają najgłębiej istotę rzeczy: ten koniec był początkiem. Artyści (czy mówiąc ogólniej: sztuka) zyskali w ten sposób pełną swobodę, wolność, jakiej chyba nawet się nie spodziewali. I co dalej? No cóż, wolność jest podobno nie tylko przywilejem, ale i wyzwaniem, trudnym problemem. Szczególnie wolność w pustce, bez punktu oparcia.
Jeśli chodzi o malarstwo, pozwolę sobie na dość radykalny sąd, co zresztą było już czytelne między wierszami tej wypowiedzi: malarstwo jako przygoda zbiorowej świadomości, przygoda która dzieje się w czasie i zakłada podróż od...do; otóż tak pojęte malarstwo według mnie wyczerpało już swoje możliwości ("pokrywanie płótna barwami w określonym porządku"). Oczywiście jest prawdopodobne (a nawet pewne), że w dalszym ciągu dziejów będzie się pokrywać płaszczyznę płócien (czy papieru) "barwami w określonym porządku", ale to już stanowić będzie inny rozdział, według mnie mniej interesujący.
(2000)
|