"NIE MUSZĘ ŁOWIĆ, BO MALUJĘ"

Z Ignacym Czwartosem rozmawia Marta Karpińska

 

Rozmowy Zderzaka:

"ANI SLEDŹ, ANI JÓZEF KUROSAWA"
Z Pawłem Książkiem rozmawia Marta Karpińska

W "GRA W BERKA"
Z Grzegorzem Sztwiertnią rozmawia Marta Karpińska

"POWSZECHNIE LUBIANY, SPOKOJNY, OPANOWANY"
z Marcinem Maciejowskim rozmawia Marta Karpińska

"STUPROCENTOWA UCZCIWOŚĆ"
z Krzysztofem Zielińskim
rozmawia Marta Karpińska

 

 

Marta Karpińska: Nie masz za sobą typowej edukacji artystycznej, nie skończyłeś ASP. Mówią o Tobie, że jesteś uczniem Nowosielskiego. Kiedy go spotkałeś? W jakim stopniu wywarł na Ciebie wpływ? 

Ignacy Czwartos: Urodziłem się w Kielcach, ale jak miałem 14 lat wyemigrowałem do Poznania.. Mój ojciec rzeźbił takie ludowe rzeczy, dlatego zdawałem na rzeźbę, ale oblałem egzamin na ASP. Ratowałem się przed wojskiem i zdałem na Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu na Wychowanie Plastyczne. Dopiero jak mnie przyjęli, okazało się, że zajęcia odbywają się w Kaliszu. Pewnie bym tam nie został, gdyby nie profesor Wolański, który dojeżdżał z Łodzi. W dawnych czasach Wolański był asystentem Nowosielskiego. Na początku lat dziewięćdziesiątych dostaliśmy z kolegą list polecający od profesora Wolańskiego i spotkaliśmy się z Nowosielskim. Przyjechaliśmy pogadać. Potem kilka razy z pracami. A później, jak przeniosłem się na stałe w Krakowie założyliśmy "Stowarzyszenie 94". Chcieliśmy zrobić porządną wystawę. Zaprosiliśmy Nowosielskiego, żeby wziął w niej udział. Zgodził się, pod warunkiem, że najpierw zobaczy nasze prace. Zobaczył, no i podskakiwał. Oczywiście ta wystawa została odebrana jako "Nowosielski i uczniowie". Potem chcieliśmy założyć galerię. To nasze stowarzyszenie się rozpadło, założyliśmy Otwartą Pracownię. Nowosielski często nas odwiedzał. Mówił mi: "Pan jest moim najlepszym uczniem", ale wiesz, on tak mówił każdemu. Mniej więcej do 1998 roku miałem z nim żywy kontakt, to znaczy odwiedzałem go w domu itd.

 

obrazy Ignacego Czwartosa

 

Marta: A kiedy zacząłeś malować abstrakcje?

Ignacy: Na studiach. Na początku malowałem portrety nawiązujące do tradycji portretu trumiennego. Trochę także do malarstwa Andrzeja Wróblewskiego. On też malował takie statyczne portrety. Na samym początku pociągała mnie opisowość obrazów Wróblewskiego. Był bardziej komunikatywny od Nowosielskiego. Jeszcze wcześniej przed studiami bardzo lubiłem radzieckie malarstwo socrealistyczne. Np.: był taki malarz Dejneka, czy Kuzma Pietrow Wodkin .W tamtych czasach można było kupić w Empiku albumy z Galerii Trietiakowskiej. Mnóstwo było tych ruskich książek o tematyce rewolucyjnej. Pietrow Wodkin namalował na przykład taki obraz: mężczyzna czy chłopiec na czerwonym koniu - jak ikona. Albo obrazy z maszerującym wojskiem. Wróblewski był właśnie trochę taki sowiecki.
Na mnie zawsze ogromne wrażenie robiła polska sztuka sepulkralna, nagrobna, te wszystkie sarmackie portrety trumienne na blasze. Moje abstrakcje właśnie z tego się wywodzą. Oprócz tego fotografia nagrobna, czarno-biała. Myślę o tym. Nie wiem, co dalej z tym zrobić. Nie chodzi mi o formę. To znaczy, chodzi mi o formę, ale nie o foremkę, nie o kształt. O coś głębszego, co w tym tkwi.

Marta: Ale co, myślenie o śmierci?

Ignacy: W zasadzie, to chodzi o życie. Ale o życie tu i potem, po śmierci. Jak tak głębiej sobie pomyślę o obrazie, kiedy maluję, czy kiedy myślę o tych sprawach, to dla mnie obraz jest przepustką, medium łączącym oba światy. Ten tutaj i ten inny wymiar, którego nie znam i którego nie chcę za szybko poznać. Chyba o to chodzi w moim malowaniu. Ja właściwie maluję jeden obraz, tylko na różne sposoby

Marta: Większość twoich prac, to abstrakcje. Trudno jednak nie doszukiwać się w nich głębszych znaczeń, chociażby przez zawarte w nich aluzje do figury krzyża. Także gama barwna, którą się posługujesz - bardzo rygorystyczna, zgaszona, klasztorna – nadaje się świetnie do malowania świętych obrazków.

Ignacy: Z krzyżami, to jest tak, że one po prostu dobrze wyglądają. Jakby je nie namalować, to jest dobrze. Niektóre z tych obrazów, traktuję jako wprawki malarskie. Kiedy zaczynam malować, to nigdy nie wiem, jak ten obraz będzie wyglądać. Nakładam warstwy jedna na drugą, zamalowuję, ścieram. Obrazy, które są nieudane, niedokończone, są potrzebne do tego, żeby wreszcie namalować ten piąty, czy dziesiąty właściwy. To jest zbieranie literek, żeby stworzyć alfabet, a potem ułożyć wyraz, potem zdania, a potem opowiadania.
Jeśli chodzi o kolory, to ja nie potrafię namalować np.: czystej żółci. Po prostu mi to nie siedzi. Chyba jestem kolorystą, ale używam tylko kolorów "z natury". One występują często np.: na kolei. Jak jedziesz pociągiem, to widzisz takie zardzewiałe brązy, czy przegniłe zielenie. Mój kolega Wojtek Głogowski często mówił o kolorach ogródków działkowych. Podobają mi się altanki działkowe malowane przez tych wszystkich dziadków, którzy wymieszali farby, jakie tam mieli - różne sraki, zielenie, biele. Kolory statków. Piaskownice. Miski emaliowane, garnki. Taką kolorystyką chyba się zaraziłem w dzieciństwie, bo takie były kolory świata, który mnie wtedy otaczał. To był przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Teraz wszystko jest pstrokate.

Marta: Ta cała kolorystyka Twoich obrazów, klimat peryferii, prowincji, te Twoje smuty - nie uważasz, że jesteś "typowo polski"?

Ignacy: Tak, oczywiście. Jestem "typowo polski". Tak ma być. Cieszę się z tego. Namalowałem kilka obrazów, które nazwałem "abstrakcja prowincjonalna". Abstrakcja cechowa, malowana tak, jakbym miał dwie lewe ręce. (Zresztą maluję lewą ręką). Kiedyś rozmawiałem z Nowosielskim o portrecie trumiennym. Opowiadał mi o jakiejś wystawie sztuki polskiej gdzieś na Zachodzie. Wśród tych wszystkich dzieł sztuki reprezentujących Polskę, znalazł się portret trumienny i właśnie to zachwyciło tych ludzi. Sztuka powstająca w centrum Europy i na jej peryferiach jest w do siebie podobna. A portret trumienny, to całkiem odrębne zjawisko, w ogóle tam nieznane. Podoba mi się to, ze Polska jest między Zachodem i Wschodem; że powstały tu takie rzeczy jak portret sarmacki, czy trumienny. W tym jest jakaś siła.

Marta: Na początku malowałeś portrety. Do abstrakcji doszedłeś przez ich stopniowe upraszczanie?

Ignacy: Tak. Najpierw malowałem portrety na czarnym tle - jak w XVII wieku. Później mnie to zmęczyło. Wiele portretów trumiennych w baroku było malowanych na srebrnej blasze. Myślałem o tym, żeby też namalować portret na blasze, ale z drugiej strony nie chciałem popaść w jakieś pamiątkarstwo. Kolor srebra w moich portretach zastąpiłem przybrudzoną bielą. No i potem stopniowo upraszczałem formę, jak Malewicz i inni. Teraz obrazy abstrakcyjne mnie zmęczyły i zacząłem wracać do portretu, ale w inny sposób. Moje stare portrety były bardzo uproszczone - "ikonowe". Teraz jestem bogatszy o doświadczenia abstrakcji i staram się ją łączyć z tradycyjnym portretem.

Marta: Opowiedz mi więcej o swoich zainteresowaniach dotyczących baroku. Skąd to się wzięło?

Ignacy: Lubię np.: malarstwo Czechowicza, ponieważ jest ono obecne w moim życiu od początku, to znaczy od momentu, kiedy zacząłem coś kojarzyć. Chodziłem na msze do katedry w Kielcach i tam w ołtarzu wisi obraz Czechowicza "Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny". Zawsze mi się podobał. Może, dlatego lubię barok, a nie gotyk, bo w Kielcach jest go pełno. Kościoły, do których chodziłem były barokowe. Nawet nie jestem w stanie określić, co tak konkretnie mnie w tym pociąga. To jest jakaś podświadoma fascynacja. Kiedyś w Kaliszu była taka piękna wystawa "Doński portret paradny". To były portrety magnatów ukraińskich, ale malowane na modłę polską. W Poznaniu z kolei oglądałem wielką wystawę portretów trumiennych. Wiele tych portretów widziałem w najróżniejszych muzeach, np.: w Lesznie. Niedawno namalowałem swój autoportret, który jest z jednej strony paradny, barokowy, a z drugiej ma w sobie coś sowieckiego. Nie można dzisiaj malować barokowych portretów, bo nie żyjemy w baroku.
Lubię dawne malarstwo, także ze względu na jego zgaszoną kolorystykę: brązy, perłowe biele. Mają w sobie tajemnicę. Podobnie, jak w takiej starej dziecięcej zabawie. Dzieci wykopywały dołek, wsadzały tam jakieś kwiatuszki, szkiełka. Nazywało się to "sekret". Ta zabawa miała w sobie coś cmentarnego. Pamiętam, że z jednej strony się tego bałem, a z drugiej bardzo mnie to ciekawiło. Myślę, że takie fascynacje z dzieciństwa bardzo wpływają na to, co się później robi.

Marta: Czy Ty się interesujesz sztuką baroku, czy także cała epoką, historią, polityką?

Ignacy: Kiedyś sporo o tym czytałem. Interesowała mnie heraldyka. Znałem symbolikę tych wszystkich herbów. Z herbami kojarzy mi się malarstwo Stanisława Fijałkowskiego, on na mnie także wpłynął w jakimś stopniu.

Marta: Udaje Ci się uzyskiwać religijny wydźwięk swoich obrazów za pomocą środków malarskich. Ale na ile to wypływa z Twoich przekonań? Jesteś religijny?

Ignacy: Staram się być. Ostatnio się zaniedbuję, ale wierzę w Pana Boga. Niektórzy mi zarzucają, że jestem taki, czy siaki.

Marta: Jesteś znanym bywalcem modnych lokali.

Ignacy: No jestem bywalcem. Może to trochę przeszkadza. Świętym bym nie chciał być, bo to chyba jakaś nuda. Ale religia jest dla mnie ważna.

Marta: Namalowałeś kiedyś serię obrazów z zakonnicami.

Ignacy: Pierwowzorem dla nich była postać Faustyny Kowalskiej. Nigdy nie interesowałem się samą Faustyną, ani nie czytałem tego jej dzienniczka. Ale kiedyś zobaczyłem typowy święty obrazek z Faustyną, drukowany seryjnie. Tak mi utkwiła w pamięci, że postanowiłem ją namalować. To było przed jej... Ona jest błogosławiona, czy już święta? No, w każdym razie to było przed tym całym szumem wokół jej osoby. Tak jakbym przewidział.

Marta: Twoje obrazy zebrane razem układają się w grupy, podgrupy; tworzą tryptyki, poliptyki itd. To jest zamierzone?

Ignacy: Każdy kolejny obraz, który maluję jest jakąś pochodną poprzedniego. Ewoluują. Ktoś mi kiedyś powiedział, że moje obrazy pojedynczo nie robią na nim wrażenie. Ale w grupie mocno działają, nawzajem się uzupełniają. Ja wolę sytuację czystą, kiedy obraz sam musi bronić. Kiedy one są w grupie, to oczywiście korespondują ze sobą i tworzy się przez to nowa jakość. Jak dawniej malowałem portrety, to też wieszałem ich wiele obok siebie - tak jak dawniej wizerunki przodków na zamkach. To robi wrażenie; nie działa jakimś poszczególnym mężczyzną czy kobietą, która została sportretowana, tylko całością

Marta: Czujesz się outsiderem?

Ignacy: Nie, chociaż takich malarzy jak ja nie ma wielu. Moje malarstwo nie jest może zbyt atrakcyjne, nie ma żadnych napisów. Zmusza po prostu do patrzenia, do wyciszenia się. A teraz są takie czasy, ze trudno się wyciszyć. Przychodzisz do domu, to musisz włączyć telewizor albo radio, żeby grało, bo cisza niepokoi. Taki obraz może przeszkadzać. Nie jest śmieszny. Malowanie, dla mnie, to jest budowanie siebie, swojego wnętrza, nie tylko jakaś gra z odbiorcą czy z mediami. Zresztą moje obrazy powstają przy włączonym telewizorze i przy potykaniu się o klocki lego. Nie mam za bardzo warunków do pracy - dzieci wrzeszczą, wszystko na kupie.

Marta: Jaki masz stosunek do swoich rysunków publikowanych na łamach "Przekroju" czy "Gazety Wyborczej". Na nich się strasznie dużo dzieje, ale w gruncie rzeczy są schematyczne. Odwrotnie niż Twoje obrazy, które są oszczędne formalnie, ale przyciągają.

Ignacy: To są po prostu ilustracje robione dla pieniędzy. Zaczęło się przez przypadek - narysowałem kartkę świąteczną z widokiem Krakowa, komuś się spodobała. One w jakiś sposób nawiązują do drzeworytów, które kiedyś robiłem.  Z tymi rysunkami, to jest tak, że kiedy człowiek jest powściągliwy w malowaniu, to po prostu czasem ma ochotę się wygadać. Moje rysunki to gadulstwo, dziecinada. Trochę jakbym na szydełku robił. Ale one są tak samo melancholijne jak moje obrazy. To je łączy.

Marta: A co Cię kształtuje poza malowaniem?

Ignacy: Dziewczyny. Nawet myślałem jak tu jakąś namalować, nie wiem może akt? Kiedyś namaluję - najpierw żonę. Ja w ogóle lubię takie monidła - portrety małżeńskie, podrysowane zdjęcia. Myślałem o tym, bo teraz więcej maluję obrazów przedstawiających. Chyba chciałbym pójść w tą stronę. Początkiem jest to monidło, zresztą mam takie jedno w domu, przedstawia moich dziadków.
Lubię też boks w telewizji, chociaż jak patrzę, na tych facetów, jak obrywają i cierpią, to strasznie żal mi ich matek. Łowienie ryb też jest fajne. Sam nie łowię, bo się brzydzę robaków. Ale chodziłem kiedyś nad wodę, jak łowił wujek czy jakiś kolega. Patrzyłem się na spławik. Rozumiem tych facetów uciekających od żon i chaosu, jak oni łowią te ryby, siedzą, moczą kij. To jest prawdziwa kontemplacja. Ja nie muszę łowić, bo maluję.

Kraków, 31 marca 2003

 

       
| galeria | archiwum | oferta | wydawnictwa | wystawa | e-mail |
| galeria dla dzieci |
 
Galeria Zderzak wszelkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z dzieł udostępnionych na stronie internetowej dozwolone jest wyłącznie w celach niekomercyjnych dla użytku prywatnego. Wykorzystywanie reprodukcji i tekstów wyłącznie za zgodą Galerii.