Marta Karpińska:
Nie masz za sobą typowej edukacji artystycznej, nie
skończyłeś ASP. Mówią o Tobie, że
jesteś uczniem Nowosielskiego. Kiedy go spotkałeś?
W jakim stopniu wywarł na Ciebie wpływ?
Ignacy Czwartos: Urodziłem się w Kielcach, ale jak miałem 14 lat wyemigrowałem
do Poznania.. Mój ojciec rzeźbił takie ludowe
rzeczy, dlatego zdawałem na rzeźbę, ale
oblałem egzamin na ASP. Ratowałem się przed
wojskiem i zdałem na Uniwersytet Adama Mickiewicza
w Poznaniu na Wychowanie Plastyczne. Dopiero jak mnie
przyjęli, okazało się, że zajęcia
odbywają się w Kaliszu. Pewnie bym tam nie został,
gdyby nie profesor Wolański, który dojeżdżał z Łodzi.
W dawnych czasach Wolański
był asystentem Nowosielskiego. Na początku lat
dziewięćdziesiątych dostaliśmy z kolegą
list polecający od profesora Wolańskiego
i spotkaliśmy się z Nowosielskim. Przyjechaliśmy
pogadać. Potem kilka razy z pracami. A później,
jak przeniosłem się na stałe w Krakowie
założyliśmy "Stowarzyszenie 94".
Chcieliśmy zrobić porządną wystawę.
Zaprosiliśmy Nowosielskiego, żeby wziął
w niej udział. Zgodził się, pod warunkiem,
że najpierw zobaczy nasze prace. Zobaczył, no
i podskakiwał. Oczywiście ta wystawa została
odebrana jako "Nowosielski i uczniowie". Potem
chcieliśmy założyć galerię. To
nasze stowarzyszenie się rozpadło, założyliśmy
Otwartą Pracownię. Nowosielski często nas
odwiedzał. Mówił mi: "Pan jest moim najlepszym
uczniem", ale wiesz, on tak mówił każdemu.
Mniej więcej do 1998 roku miałem z nim żywy
kontakt, to znaczy odwiedzałem go w domu itd.

obrazy Ignacego Czwartosa
Marta: A kiedy zacząłeś
malować abstrakcje?
Ignacy: Na studiach. Na
początku malowałem portrety nawiązujące
do tradycji portretu trumiennego. Trochę także
do malarstwa Andrzeja Wróblewskiego.
On też malował takie statyczne portrety. Na
samym początku pociągała mnie opisowość
obrazów Wróblewskiego. Był
bardziej komunikatywny od Nowosielskiego. Jeszcze wcześniej
przed studiami bardzo lubiłem radzieckie malarstwo
socrealistyczne. Np.: był taki malarz Dejneka,
czy Kuzma Pietrow
Wodkin .W tamtych czasach można było kupić w Empiku albumy z Galerii Trietiakowskiej.
Mnóstwo było tych ruskich książek o tematyce
rewolucyjnej. Pietrow Wodkin namalował na
przykład taki obraz: mężczyzna czy chłopiec
na czerwonym koniu - jak ikona. Albo obrazy z maszerującym
wojskiem. Wróblewski był właśnie trochę taki sowiecki.
Na mnie zawsze ogromne wrażenie
robiła polska sztuka sepulkralna, nagrobna, te wszystkie
sarmackie portrety trumienne na blasze. Moje abstrakcje
właśnie z tego się wywodzą. Oprócz
tego fotografia nagrobna, czarno-biała. Myślę
o tym. Nie wiem, co dalej z tym zrobić. Nie chodzi
mi o formę. To znaczy, chodzi mi o formę, ale
nie o foremkę, nie o kształt. O coś głębszego,
co w tym tkwi.
Marta:
Ale co, myślenie o śmierci?
Ignacy: W zasadzie, to
chodzi o życie. Ale o życie tu i potem, po śmierci.
Jak tak głębiej sobie pomyślę o obrazie,
kiedy maluję, czy kiedy myślę o tych sprawach,
to dla mnie obraz jest przepustką, medium łączącym oba światy.
Ten tutaj i ten inny wymiar, którego nie znam i którego
nie chcę za szybko poznać. Chyba o to chodzi
w moim malowaniu. Ja właściwie maluję jeden
obraz, tylko na różne sposoby
Marta: Większość
twoich prac, to abstrakcje. Trudno jednak nie doszukiwać
się w nich głębszych znaczeń, chociażby
przez zawarte w nich aluzje do figury krzyża. Także
gama barwna, którą się posługujesz - bardzo
rygorystyczna, zgaszona, klasztorna nadaje się
świetnie do malowania świętych obrazków.
Ignacy: Z krzyżami,
to jest tak, że one po prostu dobrze wyglądają.
Jakby je nie namalować, to jest dobrze. Niektóre
z tych obrazów, traktuję jako wprawki malarskie.
Kiedy zaczynam malować, to nigdy nie wiem, jak ten
obraz będzie wyglądać. Nakładam warstwy jedna na drugą,
zamalowuję, ścieram. Obrazy, które są nieudane,
niedokończone, są potrzebne do tego, żeby
wreszcie namalować ten piąty, czy dziesiąty
właściwy. To jest zbieranie literek, żeby
stworzyć alfabet, a potem ułożyć wyraz,
potem zdania, a potem opowiadania.
Jeśli chodzi o kolory, to ja
nie potrafię namalować np.: czystej żółci.
Po prostu mi to nie siedzi. Chyba jestem kolorystą,
ale używam tylko kolorów "z natury". One
występują często np.: na kolei. Jak jedziesz
pociągiem, to widzisz takie zardzewiałe brązy,
czy przegniłe zielenie. Mój
kolega Wojtek Głogowski często mówił o
kolorach ogródków działkowych. Podobają mi się
altanki działkowe malowane przez tych wszystkich
dziadków, którzy wymieszali farby, jakie tam mieli - różne
sraki, zielenie, biele. Kolory
statków. Piaskownice. Miski emaliowane, garnki. Taką
kolorystyką chyba się zaraziłem w dzieciństwie,
bo takie były kolory świata, który mnie wtedy
otaczał. To był przełom lat sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych. Teraz wszystko jest pstrokate.
Marta: Ta cała kolorystyka
Twoich obrazów, klimat peryferii, prowincji, te Twoje
smuty - nie uważasz, że
jesteś "typowo polski"?
Ignacy: Tak, oczywiście.
Jestem "typowo polski". Tak ma być. Cieszę
się z tego. Namalowałem kilka obrazów, które
nazwałem "abstrakcja prowincjonalna". Abstrakcja
cechowa, malowana tak, jakbym miał dwie lewe ręce.
(Zresztą maluję lewą ręką). Kiedyś
rozmawiałem z Nowosielskim o portrecie trumiennym.
Opowiadał mi o jakiejś wystawie sztuki polskiej
gdzieś na Zachodzie. Wśród tych wszystkich dzieł
sztuki reprezentujących Polskę, znalazł
się portret trumienny i właśnie to zachwyciło
tych ludzi. Sztuka powstająca w centrum Europy i
na jej peryferiach jest w do siebie podobna. A portret
trumienny, to całkiem odrębne zjawisko, w ogóle
tam nieznane. Podoba mi się to, ze Polska jest między
Zachodem i Wschodem; że powstały tu takie rzeczy
jak portret sarmacki, czy trumienny. W tym jest jakaś
siła.
Marta: Na początku
malowałeś portrety. Do abstrakcji doszedłeś
przez ich stopniowe upraszczanie?
Ignacy: Tak. Najpierw
malowałem portrety na czarnym tle - jak w XVII wieku.
Później mnie to zmęczyło. Wiele portretów
trumiennych w baroku było malowanych na srebrnej
blasze. Myślałem o tym, żeby też namalować
portret na blasze, ale z drugiej strony nie chciałem
popaść w jakieś pamiątkarstwo. Kolor
srebra w moich portretach zastąpiłem przybrudzoną
bielą. No i potem stopniowo upraszczałem formę,
jak Malewicz i inni. Teraz obrazy
abstrakcyjne mnie zmęczyły i zacząłem
wracać do portretu, ale w inny sposób. Moje stare
portrety były bardzo uproszczone - "ikonowe".
Teraz jestem bogatszy o doświadczenia abstrakcji
i staram się ją łączyć z tradycyjnym
portretem.
Marta: Opowiedz mi więcej
o swoich zainteresowaniach dotyczących baroku. Skąd
to się wzięło?
Ignacy: Lubię np.:
malarstwo Czechowicza,
ponieważ jest ono obecne w moim życiu
od początku, to znaczy od momentu, kiedy zacząłem
coś kojarzyć. Chodziłem na msze do katedry
w Kielcach i tam w ołtarzu wisi obraz Czechowicza
"Wniebowzięcie Najświętszej Marii
Panny". Zawsze mi się podobał. Może,
dlatego lubię barok, a nie gotyk, bo w Kielcach jest
go pełno. Kościoły, do których chodziłem
były barokowe. Nawet nie jestem w stanie określić,
co tak konkretnie mnie w tym pociąga. To jest jakaś
podświadoma fascynacja. Kiedyś w Kaliszu była
taka piękna wystawa "Doński portret paradny".
To były portrety magnatów ukraińskich, ale malowane
na modłę polską. W Poznaniu z kolei oglądałem
wielką wystawę portretów trumiennych. Wiele
tych portretów widziałem w najróżniejszych muzeach,
np.: w Lesznie. Niedawno namalowałem swój autoportret,
który jest z jednej strony paradny, barokowy, a z drugiej
ma w sobie coś sowieckiego. Nie można dzisiaj
malować barokowych portretów, bo nie żyjemy
w baroku.
Lubię dawne malarstwo, także
ze względu na jego zgaszoną kolorystykę:
brązy, perłowe biele. Mają w sobie tajemnicę.
Podobnie, jak w takiej starej dziecięcej zabawie.
Dzieci wykopywały dołek, wsadzały tam jakieś
kwiatuszki, szkiełka. Nazywało się to "sekret".
Ta zabawa miała w sobie coś cmentarnego. Pamiętam,
że z jednej strony się tego bałem, a z
drugiej bardzo mnie to ciekawiło. Myślę,
że takie fascynacje z dzieciństwa bardzo wpływają
na to, co się później robi.
Marta: Czy Ty się
interesujesz sztuką baroku, czy także cała
epoką, historią, polityką?
Ignacy: Kiedyś sporo
o tym czytałem. Interesowała mnie heraldyka.
Znałem symbolikę tych wszystkich herbów. Z herbami
kojarzy mi się malarstwo Stanisława Fijałkowskiego, on na mnie także wpłynął
w jakimś stopniu.
Marta: Udaje Ci się
uzyskiwać religijny wydźwięk swoich obrazów
za pomocą środków malarskich. Ale na ile to
wypływa z Twoich przekonań? Jesteś religijny?
Ignacy: Staram się
być. Ostatnio się zaniedbuję, ale wierzę
w Pana Boga. Niektórzy mi zarzucają, że jestem
taki, czy siaki.
Marta: Jesteś znanym
bywalcem modnych lokali.
Ignacy: No jestem bywalcem.
Może to trochę przeszkadza. Świętym
bym nie chciał być, bo to chyba jakaś nuda.
Ale religia jest dla mnie ważna.
Marta: Namalowałeś
kiedyś serię obrazów z zakonnicami.
Ignacy: Pierwowzorem dla
nich była postać Faustyny Kowalskiej. Nigdy
nie interesowałem się samą Faustyną,
ani nie czytałem tego jej dzienniczka. Ale kiedyś
zobaczyłem typowy święty obrazek z Faustyną,
drukowany seryjnie. Tak mi utkwiła w pamięci,
że postanowiłem ją namalować. To było
przed jej... Ona jest błogosławiona, czy już
święta? No, w każdym razie to było
przed tym całym szumem wokół jej osoby. Tak
jakbym przewidział.
Marta: Twoje obrazy zebrane
razem układają się w grupy, podgrupy; tworzą
tryptyki, poliptyki itd. To jest zamierzone?
Ignacy: Każdy kolejny
obraz, który maluję jest jakąś pochodną
poprzedniego. Ewoluują. Ktoś mi kiedyś
powiedział, że moje obrazy pojedynczo nie robią
na nim wrażenie. Ale w grupie mocno działają,
nawzajem się uzupełniają. Ja wolę
sytuację czystą, kiedy obraz sam musi bronić.
Kiedy one są w grupie, to oczywiście korespondują
ze sobą i tworzy się przez to nowa jakość. Jak dawniej malowałem portrety, to też
wieszałem ich wiele obok siebie - tak jak dawniej
wizerunki przodków na zamkach. To
robi wrażenie; nie działa jakimś poszczególnym
mężczyzną czy kobietą, która została
sportretowana, tylko całością
Marta: Czujesz się
outsiderem?
Ignacy: Nie, chociaż
takich malarzy jak ja nie ma wielu. Moje malarstwo nie
jest może zbyt atrakcyjne, nie ma żadnych napisów.
Zmusza po prostu do patrzenia, do wyciszenia się.
A teraz są takie czasy, ze trudno się wyciszyć.
Przychodzisz do domu, to musisz włączyć
telewizor albo radio, żeby grało, bo cisza niepokoi.
Taki obraz może przeszkadzać. Nie jest śmieszny.
Malowanie, dla mnie, to jest budowanie siebie, swojego
wnętrza, nie tylko jakaś gra z odbiorcą
czy z mediami. Zresztą moje obrazy powstają
przy włączonym telewizorze i przy potykaniu
się o klocki lego. Nie mam za bardzo warunków do
pracy - dzieci wrzeszczą, wszystko na kupie.
Marta: Jaki masz stosunek
do swoich rysunków publikowanych na łamach "Przekroju"
czy "Gazety Wyborczej". Na nich się strasznie
dużo dzieje, ale w gruncie rzeczy są schematyczne.
Odwrotnie niż Twoje obrazy, które są oszczędne
formalnie, ale przyciągają.
Ignacy: To są po
prostu ilustracje robione dla pieniędzy. Zaczęło
się przez przypadek - narysowałem kartkę
świąteczną z widokiem Krakowa, komuś
się spodobała. One w jakiś sposób nawiązują
do drzeworytów, które kiedyś robiłem.
Z tymi rysunkami, to jest tak, że kiedy człowiek
jest powściągliwy w malowaniu, to po prostu
czasem ma ochotę się wygadać. Moje rysunki
to gadulstwo, dziecinada. Trochę jakbym na szydełku
robił. Ale one są tak samo melancholijne jak
moje obrazy. To je łączy.
Marta: A co Cię kształtuje
poza malowaniem?
Ignacy: Dziewczyny. Nawet
myślałem jak tu jakąś namalować,
nie wiem może akt? Kiedyś namaluję - najpierw
żonę. Ja w ogóle lubię takie monidła - portrety małżeńskie, podrysowane zdjęcia. Myślałem o tym, bo teraz
więcej maluję obrazów przedstawiających.
Chyba chciałbym pójść w tą stronę.
Początkiem jest to monidło, zresztą mam takie jedno w domu, przedstawia
moich dziadków.
Lubię też boks w telewizji,
chociaż jak patrzę, na tych facetów,
jak obrywają i cierpią, to strasznie żal
mi ich matek. Łowienie ryb też jest fajne.
Sam nie łowię, bo się brzydzę robaków.
Ale chodziłem kiedyś nad wodę, jak łowił
wujek czy jakiś kolega. Patrzyłem się na
spławik. Rozumiem tych facetów
uciekających od żon i chaosu, jak oni łowią
te ryby, siedzą, moczą kij. To jest prawdziwa
kontemplacja. Ja nie muszę łowić, bo maluję.
Kraków, 31 marca 2003