Ani ŚledŹ, ani Józef
Kurosawa.
Marta Karpińska: Ty i Rafał Bujnowski jesteście
rówieśnikami, studiowaliście na jednej uczelni, nawet
urodziliście się w tym samym mieście - Andrychowie.
Wasze malarstwo jest jednak całkowicie różne. Sztuka
grupy "ładnie" jest łatwo przyswajalna, nawet
dla kogoś "niewyrobionego", jest prosta jak znak
drogowy. Natomiast Ty jesteś "malarzem salonowym",
a może bardziej "malarzem klubowym", bo miejsca
dawnych salonów, zajęły dzisiaj ekskluzywne kluby, gdzie
ekskluzywni DJ miksują muzykę dla ekskluzywnej publiczności.
Czy się z tym zgadzasz?
Paweł Książek: Skupiam się na malowaniu, a nie marketingu
czy "artpopuliźmie". Zawsze tak było, że
nie chciałem podobać się wszystkim. Mam ambicję
tworzenia czegoś niepowtarzalnego, osobistego. Sięgam
po niebanalne rekwizyty. To jest właśnie opozycja do
tego, co robi "Grupa Ładnie". Ich kręci banalność,
ale potrafią w niej odkryć dowcip i to jest OK. Na Akademii
nie kręciły mnie stare modelki, bardziej mnie interesowało
malowanie didżeja o nieokreślonej seksualności
z frankfurckiego klubu "Blue Angel". Mnie śledź
ani Józef Kurosawa nie interesuje. Nie są w stanie mnie zauroczyć.
[przyp. red.: Józef Tomczyk "Kurosawa" - model na ASP
w Krakowie, członek grupy "Ładnie"]. Inspirują
mnie rzeczy, które mi się podobają, pociągają
mnie swoją stylistyką i formą. W pewien sposób
je oswajam - pokazując je na obrazie - czy to będzie
gumowa lalka, King-Kong albo lampa typu "plazma". Jest
to kwestia wrażliwości. Niebanalne przedmioty, które
mnie inspirują, często są kiczowate. Ale ich klimat
ma własną poezję, własne życie i to życie
strasznie mi się podoba. Maluję je, żeby pokazać
ich słodką, troszkę naiwną, taką nieśmiałą
naturę - nie wiem jak to nazwać. Pojawia się taka
lampa ze Świecącymi koralikami - wydaje mi się
to słodkie i tanio-romantyczne, zwłaszcza, że koraliki
grają kolorem z kapsułkami obok. To ciekawy obiekt dla
malarza. Ma w sobie pewną niezwykłość.
Szukam obiektów, które maja w sobie niezwykłą energię.
Na przykład łazienka. Jest to prosta forma, ale można
tam znaleźć pewne rzeczy, np. dwie tabletki, które leżą
na łazienkowej szafce - przypominające mi dwa uchwyty
od drzwiczek. I pojawiają się przez to dodatkowe treści.
Są w stanie mnie jakoś zainspirować, zauroczyć
- natomiast inne historie nie, może dlatego te obrazy są
takie a nie inne.


"Lampa, wzmacniacze lampowe", akryl, płótno, 120x140
cm, 2001/2002
M.K.: To trochę jak Maurycy Gomulicki z "Machiny".
P.K.: Tak, to ten klimat. Poza tym bardzo lubię nowoczesny design.
Fascynuje mnie prosta, wyrafinowana forma. Ale odczuwam też
sentyment do "oldskulowych", lekko spatynowanych przedmiotów.
Fetyszyzuję pewne rzeczy. To też ma odbicie w malarstwie.
Kiedyś to były buty, pejczyki. Fetysze życia codziennego,
fetysze użytkowe - zdjęcia, kadry z filmów, ostatnio
właśnie bardzo mi się podobają filmy z lat
pięćdziesiątych. Być może to będzie
inspiracja do kolejnych obrazków.
M.K.: Od czasów skończenia ASP praktycznie cały
czas pracujesz w agencjach reklamowych. Jaki to ma wpływ
na twoją sztukę?
P.K.: Przez rok po ukończeniu studiów tylko malowałem obrazy.
Potem zacząłem pracować w reklamie. To jakiś
sposób na funkcjonowanie na przyzwoitym poziomie, ale nie sens
i cel życia. Oczywiście moja praca ma wpływ na
moją sztukę. Praca w reklamie dużo daje: pewne
operowanie konwencją, stylistyką, cały czas się
mówi o kolorze. Pracuję w dziale kreacji. Doświadczenia
wyniesione z Akademii są pomocne, ale dużo się
tutaj uczę. Agencja jest też dla mnie źródłem
inspiracji. Pracuje się najnowocześniejszymi narzędziami,
ma się duże możliwości wykonania najbardziej
niekonwencjonalnych pomysłów. Ale mnie najbardziej pociąga
możliwość bezpośredniej pracy z płótnem,
tego, że kreuję od początku do końca obraz.
Największą radość sprawia mi obcowanie z materią
malarską - z samą istotą malarstwa. Obraz się
maluje - on nie powstaje cyfrowo. To ja nad nim pracuję,
a nie komputer. I właśnie dotarcie do tej istoty mnie
interesowało. Chciałem, żeby te obrazy pokazały
radość, taki moment zafascynowania tym, że maluję.
M.K.: W Twoich ostatnich obrazach jest dużo motywów
z lat pięćdziesiątych.
P.K.: Agencje reklamowe dysponują katalogami zdjęć o różnej
stylistyce. Akurat ja sięgnąłem po takie z lat
pięćdziesiątych, bo mnie urzekła ich kolorystyka:
kolory przygaszone, stłumione, raczej chłodne albo szare.
Szarość to jest taki kolor, który dominował w serii
obrazów, które namalowałem przed tą wystawą. Nowe
obrazy są kontynuacją tej zabawy kolorem - zestawianie
szarości z kolorem bardzo nasyconym. Wcześniej to, co
malowałem - w znacznym stopniu - powstawało w mojej
wyobraźni. W tych katalogach zdjęć było wiele
takich elementów, które zainspirowały mnie do tego, aby splątać
pewne rzeczy, które mnie nurtowały, na co dzień. Są
urzekające - pin-up girls, albo jakieś portrety prezentujące
fryzurę o nazwie B-52, King-Kong. Ta estetyka jest bardzo
wdzięcznym tematem dla malarza.
M.K.: Powiedziałeś kiedyś, że nie
masz konkretnych założeń formalnych, że dajesz
się prowadzić intuicji. Jak to jest - powstaje jakiś
pomysł, a potem jest improwizacja na zadany temat?
P.K.: Jeszcze
parę lat temu dość ściśle trzymałem
się pomysłu, szkicu, rysunku, który poprzedzał
powstanie właściwego obrazu. Teraz zaczynam sobie improwizować.
Improwizacja wydaje mi się dość ciekawym narzędziem,
ciekawym sposobem na budowanie obrazu. To jest trochę jak
z muzyką. Bardzo często towarzyszy mi muzyka jazzowa,
szczególnie Steva Colemana. To jest gość, którego muzyka
jest bardzo uporządkowana, Świetnie zgrana sekcja rytmiczna
i pojawia się - improwizacja - niesamowita. Myślę,
że w podobny sposób maluję. Mam pewien założony
schemat obrazu, ale zaczynam w pewnym momencie improwizować.
M.K.: Jaki wpływ na przenoszenie pomysłu na
obraz mają Środki malarskie - przede wszystkim kolor?
P.K.: Analizę
rozumową obrazu zwykle skupiam na kompozycji, formie. Zastanawiam
się czy ta forma, konwencja jest odpowiednia. Natomiast kolor
to sprawa intuicyjna, ja się nad tym w ogóle nie zastanawiam.
I może to, że ufam intuicji, jest dla tych obrazów korzystne.
Zestawienia zimne - gorące wynikają z tego, że
nie potrafię być konsekwentny. Ale jeśli coś
jest niekonsekwentne, to jest szansa, że jest niepowtarzalne.
Po prostu liczę, że uda mi się stworzyć coś
niezwykłego. Jednego dnia jestem poukładany, skoncentrowany.
Innego kompletnie rozbity, rozdygotany wewnętrznie. Moje
obrazy są niekonsekwentne, tak samo jak ja jestem niekonsekwentny.
M.K.: Co by było dla Ciebie największym spełnieniem
w twojej karierze artysty?
P.K.: Szczerze
mówiąc nie zastanawiałem się nad tym, co mogłoby
być szczytem mojej kariery. Chciałbym mieć komfort
pracy. Te obrazy powstały w garsonierze - nie mam wielkiej,
wymarzonej pracowni. To jest ograniczenie. Myślę, że
ważne jest, gdy się ma odbiorców, ludzi, których porusza
to, co robię. Ważne jest dotarcie do tych ludzi. Bo
samo malowanie to już jest intymna sprawa. Jest ciekawe,
gdy ktoś w jakiś sposób interpretuje moje malarstwo,
bo dużo mówi mi o mnie.
Żyjemy w globalnej wiosce, w Hiszpanii porównywano mnie z Arroyo,
z Sigmarem Polke, wcześniej w Polsce do Modzelewskiego. Wiadomo,
że zawsze pojawiają się jakieś odniesienia.
Trudno jest uciec od tego. Malarstwo ma tą wadę, że
warsztat ma silną tradycję. Jeśli sięgam po
zdjęcia, inspiruję się plakatem lat pięćdziesiątych
- to może być tak, że będzie to z czymś
kojarzone. Kręci mnie to ryzyko, ale i paradoksalny cel osiągnięcia
niepowtarzalnego obrazu. Chciałbym kiedyś namalować
coś, czego nigdy nie widziałem. Ale nie wiem, czy się
uda. Byłoby super, gdyby się udało.
M.K. Pytam dlatego, że w wywiadzie z 1998 powiedziałeś,
że marzysz, żeby być sławnym.
P.K.: Wywiad był nieautoryzowany. Wyszło kompletnie bez sensu.
Zapytano mnie, co chciałbym osiągnąć, odpowiedziałem,
że nie wiem za bardzo. Pani zapytała "A może
być sławnym?", odpowiedziałem "no tak".
Potem się to ukazało pod wielkim tytułem "Być
sławnym" - wielu ludzi mi to potem wypominało,
ale normalnie nie popisywałbym się taką megalomanią.
Była jeszcze jedna wpadka. Powiedziałem w tym wywiadzie,
ze Andy Warhol jest dla mnie "poczciwym klasykiem",
a napisano, że Warhol jest dla mnie "poczciwym plastykiem".
Wydało mi się to żenadą. No, ale trudno.


"Spiący ministrant", akryl, płótno, 185x140 cm, 1997
M.K.: Chciałam Cię zapytać o Twoje inspiracje
w sztuce teraz. Co Cię w tej chwili interesuje? Jakich wskazałbyś
artystów w polskiej sztuce?
P.K.: "Odkrywam" obrazy Tomasza Ciecierskiego. Podoba mi się
jego intuicja kolorystyczna. Duże wrażenie robią
na mnie obrazy Tarasewicza - zwłaszcza te z przełomu
lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
A jeśli chodzi o sztukę światową, to największe
wrażenie zrobił na mnie ostatnio film pokazujący
przebieg realizowania prac przez Matthew Barrneya. To jest dla
mnie wielkie.
W liceum dostałem od koleżanki książkę o malarstwie
amerykańskim i zrobiło to na mnie duże wrażenie.
Generalnie ma na mnie duży wpływ malarstwo amerykańskie,
począwszy od protoplasty pop-artu Stewarta Davisa, poprzez
Jaspera Johnsa aż do "Bad painting".
M.K.: Co Cię inspiruje poza sztuką - była
kiedyś taka zabawa w podstawówce "Złote myśli"
- trzeba było wymienić swój ulubiony film, książkę,
muzykę. Co Ty byś wymienił?
P.K.: Jeśli chodzi o muzykę to awangarda jazzu, szczególnie
Steve Coleman. Literatura to Walter Abish - awangardowy pisarz
amerykański. Film - David Lynch. Można powiedzieć,
że wszystko, co robię, czego słucham, nawet to,
że mam niezwykłą dziewczynę, to wszystko ma
odbicie w obrazach. Nie staram się specjalnie, ale malarstwo
staje się przez takie rzeczy inne. To cecha mojego stylu,
konsekwencja mojego życia, jakichś moich wyborów i rzeczy,
które mnie codziennie spotykają. To nie jest wymyślone,
udziwnione. Tak mi wychodzi.
Kraków, 12.VI.2002