"GRA W BERKA" z Grzegorzem Sztwiertnią rozmawia Marta Karpińska

 

Rozmowy Zderzaka:

"ANI SLEDŹ, ANI JÓZEF KUROSAWA"
Z Pawłem Książkiem rozmawia Marta Karpińska

"POWSZECHNIE LUBIANY, SPOKOJNY, OPANOWANY"
z Marcinem Maciejowskim rozmawia Marta Karpińska

"NIE MUSZĘ ŁOWIĆ, BO MALUJĘ"
Z Ignacym Czwartosem rozmawia Marta Karpińska

"STUPROCENTOWA UCZCIWOŚĆ"
z Krzysztofem Zielińskim
rozmawia Marta Karpińska

 

 

 

Marta Karpińska: To, co uderza na pierwszy rzut oka, jeżeli chodzi o twoją działalność artystyczną, to ilość "literatury", w jaką zaopatrujesz większość swoich prac - te wszystkie komentarze, instrukcje, odezwy, wykłady, referaty... Czy przebrnięcie przez tą literacką warstwę jest niezbędnym warunkiem sensownego odczytania twoich prac? Na ile to jest ważne?

Grzegorz Sztwiertnia: Zdradzę ci tajemnicę. Większości tych rzeczy, na które się powołuję nie przeczytałem w całości. Wynika to z pewnego rodzaju rozczarowania, tym, że prawie wszystko co napotykam, podczas różnych, nawet często peryferyjnych lektur - jest mi doskonale znane na poziomie pozawerbalnym. Podążanie drogą potwierdzania pewnych intuicji jest dość nudne. Wszystko do czego się odwołuję mam przekartkowane, oswojone. Moje starania nie zmierzają do tego, by być erudytą, w takim znaczeniu klasycznym. Ja się cały czas tym bawię. To jest kwestia podejmowania gry - takiego berka. Ja jestem trochę ślepy, książka jest trochę ślepa - i szukamy się po omacku. I albo trafię, albo nie trafię. Ale z reguły od razu trafiam w to, czego szukam. Jest w tym trochę prowokowanego przypadku, ale to się sprawdza. Nie trzeba być absolutnie w tym wszystkim obeznanym. Bardziej trzeba być otwartym na zabawę tekstem. Nie ma to nic wspólnego z tak zwanymi technikami postmodernistycznymi, które są bardzo dopracowane technicznie. U mnie jest jak u psa. Pies w pewnym momencie jest zainteresowany piłeczką, a za sekundę goni za przebiegającą suczką. I tak dalej. I ta "przerzutność" to jest to, co mnie interesuje, i czego oczekuję od widza.


Marta Karpińska: Chcę cię też zapytać o ironię. Ona jest nieodłącznym elementem twojej sztuki.

Grzegorz Sztwiertnia: Ironię trzeba dobrze zrozumieć, ale nie w takim pojęciu filozoficznym, które wywodzi się od Sokratesa. Dla mnie ironia to jest ciepłe wyrażenie stosunku do świata, szacunku dla człowieka. Kawałek dalej możemy już się zetknąć z sarkazmem - to jest już bardziej manipulacyjne. Albo z cynizmem - jeszcze mocniej osadzonym na tej ekstremalnej pozycji ze znakiem minus. Natomiast ironia balansuje pomiędzy powagą, a żartem. Jest to rodzaj przyjacielskiego poklepywania po ramieniu. Tak to odbieram. Nie posługuję się ironią w sposób programowy. Skłonność ironiczna bierze się raczej z wypracowanego wcześniej albo z nabytego w sposób naturalny daru, jakim jest zdystansowany stosunek do rzeczywistości. I do siebie przede wszystkim.

Marta Karpińska: Praca "Psychotropy", gdzie występujesz w roli założyciela i dyrektora Studia Analizy Psychologicznej "Psychotrop" i udzielasz porad Marcie Tarabule na temat jej wyglądu to reakcja na wszechobecne w telewizji, gazetach, na ulicy rady, jak być pięknym i wiecznie młodym. Inspiruje cię rzeczywistość?

Grzegorz Sztwiertnia: Opowiem skąd się wzięło Studio Analizy Stroju i Elegancji. Zostało to oparte na autentycznym tekście, który trafił w moje ręce w dość dziwny sposób. Moja żona prowadzi pracownię ubioru. Zajmuje się projektowaniem kreacji różnym osobom, które się do niej zgłoszą. Raz pojawiła się żona mojego znajomego i zostawiła u niej w pracowni zeszyt, w którym był zamieszczony tekst analizy jej osoby. Ona wcześniej poszła do takiego "studia analizy", zapłaciła za analizę, która po przeczytaniu okazała się głupia, nieprzydatna do niczego. Po prostu mydlenie ludziom oczu.

To kwestia decyzji, czy chcesz pracować w sferze egalitarnej, czy elitarnej. Pracując w sferze egalitarnej stosowałbym język magazynu "Twój styl", czy, idąc niżej pisma typu "Pani Domu" czy "Viva" itd. Te pisma zawierają właśnie całą masę takich artykułów - jak zachować dobrą formę psychiczną, umysłową, fizyczną itd. To jest naturalne. Po prostu należy ruszać się ćwiczyć fizycznie, trzeba ruszać głową czytać jakieś trudne rzeczy, trzeba się po prostu dobrze odżywiać i dobrze wysypiać. I nie ma większych tajemnic dobrego samopoczucia. Natomiast całe sztaby zajmują się powykręcaniem tego wszystkiego. Bo okazuje się, że gdyby to wszystko było takie proste, to wszyscy byliby piękni, młodzi, szczupli i zawsze szczęśliwi. Rzadko kto może być jakimś mistrzem duchowym, który panuje nad wszystkim swoimi żądzami i emocjami, w dodatku jeszcze nad powłoką fizyczną. Osiągnięcie takiego stanu równowagi - o ile to w ogóle jest możliwe - to strasznie ciężka praca. Wszystkie naprawdę sensowne porady zaczynają się od tego, że masz zacząć zmieniać swoje życie zaraz, w tym momencie, a nie na przykład od jutra. A reszta to wszystko bzdury. W magazynie "Gazety Wyborczej" (Duży Format) był świetny artykuł o grupie ludzi, którzy utrzymują, że możesz żyć bez jedzenia. Bo skoro człowiek składa się z atomów to równie dobrze może odżywiać się energią pobieraną z promieni słonecznych, kolorów czy dźwięków muzycznych.


Marta Karpińska: Chciałam cię zapytać o tą całą medyczną ikonografię w twojej sztuce. Jej pochodzenie jest dosyć klarowne - miałeś rodziców lekarzy, chciałeś studiować medycynę, twoja wizyta w Muzeum Higieny stała się już legendarna, fascynujesz się podręcznikami medycyny itd. Skoro poruszasz się w takiej sferze - mam na myśli wszystkie te zależności pomiędzy stanem psychicznym i fizycznym, choroby, ekstrema życiowe - to nie jest to przypadkowe. Dlaczego posługujesz się takimi obrazami?

Grzegorz Sztwiertnia: Ja tego oglądałem bardzo dużo w młodości, w dzieciństwie. One stanowią moja pożywkę. Wcześniej mówiliśmy o grupie ludzi, którzy twierdzą, że mogą żyć bez jedzenia. Dla nich naturalną pożywką jest relaksująca muzyka albo promienie słoneczne. A dla mnie w budowaniu pewnych rzeczy, sytuacji, obrazów - taką pożywką są właśnie te obrazy czy wspomnienia o nich. Ale nie tylko. Wczoraj widziałem szwedzki film dokumentalny: "Mieć nową twarz". Przeczytałem zachętę do obejrzenia tego filmu w "Wyborczej" - mieli być tam przedstawieni głównie ludzie po wypadkach. Pomyślałem, że jeżeli jest poruszana kwestia rekonstrukcji twarzy, to głównie chodzi tutaj o wypadki samochodowe. A tego nie było. Mogłoby być to źródło nowych wizerunków dla mnie. Takich ludzi niestety nie można dojrzeć na ulicy. Oni po prostu nie wychodzą. Są pochowani po swoich mieszkaniach, domach. Bardzo rzadko można spotkać kogoś, kto rzeczywiście wybija się poza taką przeciętność wyglądu. Czy to będzie na przykład na skutek jakiegoś nieszczęśliwego wypadku, oparzenia, czy nawet gdy w grę wchodzi "naturalna deformacja". Oczywiście pewne choroby są bardzo rzadkie - to jest jakiś niewielki odsetek, może procent noworodków. Ale ja myślę, że tych ludzi jest całkiem sporo. To są naprawdę ekstremalne stany.

Marta Karpińska: Parę tygodni temu był powtarzany w telewizji serial "Królestwo" w reżyserii Larsa von Triera. Zauważyłam, że jest wiele motywów, które łączy ten film i twoją sztukę. Cała ta medyczna otoczka, sama akcja filmu rozgrywa się szpitalu, pokazywanie chorób, dziwnych stanów psychicznych, deformacje fizyczne, niesamowitość, strach, czarny humor, groza, a na samym końcu zawsze ironiczna puenta. Pomyślałam, że pewnie ten klimat jest ci bliski.

Grzegorz Sztwiertnia: Nawet bardzo. Film von Triera jest kwintesencją większości monotematycznych produkcji, takich jak na przykład "Szpital na peryferiach". Ten czeski serial pokazywał jeden aspekt bardziej dotyczący funkcjonowania struktury szpitala; bardzo powikłane, ale jednak do nieprzyzwoitości normalne stosunki międzyludzkie. No, ale ten film powstał w kraju komunistycznym. Te relacje nie mogły być pokazane w inny sposób. Natomiast Lars von Trier zrobił melanż różnych gatunków filmowych. Serial, który pokazuje szpital jako oko cyklonu, który zagarnia całą rzeczywistość do siebie, zestawia ją w różnych konfiguracjach, tworzy coś wybuchowego, coś niesamowitego. Pod tym względem tytułowe "Królestwo" jest jak prawdziwe królestwo, państwo, obszar, który rządzi się swoimi wewnętrznymi prawami. Do tego jeszcze para młodych ludzi z zespołem Downa, którzy, jak chór grecki, komentują to, co ma się za chwilę stać. Poza tym jest to film niezwykle dowcipny, pełen niesamowitego, inteligentnego humoru.

Marta Karpińska: A co interesuje cię w sztuce?

Grzegorz Sztwiertnia: Ja już nie jestem w stanie nawet się zainteresować, przetrawić, przemyśleć, dobrze się zapoznać, z tak zwaną sztuką mainstream'u - czyli tego, co stanowi bazę wszystkich wydarzeń dla całego rozwoju sztuki, a która jest ważna dla takiego postronnego widza, dla kogoś kto chodzi do muzeów, do galerii, interesuje się sztuką. Ponieważ nie mam czasu, interesuję się najbardziej ekstremalnymi przypadkami, które najpełniej na mnie oddziaływają. To co mnie interesuje to poszukiwania, szaleńcze realizacje, dziwne eksperymenty quasi- społeczne. Z rzeczy, które ostatnio widziałem największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa w Berlinie, w Kunstwerke. Nie pamiętam, jak się nazywała, ale towarzyszyło jej hasło: "Dwadzieścia milionów Meksykańczyków nie może się mylić". Zorganizował ją Francis Al˙s, który mieszka teraz w Mexico City. Pokazał na niej niezwyłe prace kilkunastu meksykańskich artystów. Gdyby coś takiego, można było pokazać w Polsce, myślę, że to by zmieniło zupełnie układ sił, jeżeli chodzi o to, pod jaką szerokością geograficzną robi się naprawdę ciekawą, inspirującą sztukę.

Marta Karpińska: Czujesz się malarzem?

Grzegorz Sztwiertnia: Tak, dlatego, że moje najwcześniejsze doświadczenia ze sztuką były związane z malarstwem. Teraz do tego wracam. Wynika to z tego, że mam szeroko otwarte oczy. Widzę nie tyle, polityczny układ sił czy mechanizmy rynkowe. Widz jest znudzony czymś, co wymaga od niego, więcej niż po prostu zetknięcia się z jakąś płaszczyzną. Z jakąś sytuacją prosto opisaną. Tak jak w kinie. Te wszystkie nadzieje, że trójwymiarowe kino, to przyszłość - po prostu mnie śmieszą. Uważam, że najlepsze kino, to było to czarno-białe. Im ono jest bardziej nierzeczywiste, przez to, że nie naśladuje rzeczywistości - w kolorach, w przestrzeni, we wszystkim - to tym ono jest bardziej sugestywne. To ograniczenie powoduje, że człowiek odpada od rzeczywistości i wchodzi całkowicie w to, co dzieło sztuki oferuje. Tak samo jest z obrazem. Jest to mniejszy albo większy prostokąt płótna, jakoś odseparowany od tej rzeczywistości. I jeśli to jest dobry obraz, to wtedy on ma piorunującą siłę. Natomiast te wszystkie aranżacje, instalacje - w dalszym ciągu zdarzają się bardzo ciekawe rzeczy. Ale człowiek ewoluuje. Staje na coraz wyższym poziomie świadomości siebie, świata i po prostu nie trzeba mu ładować w trzech wymiarach, zapachach, w dźwiękach czegoś, co po prostu jest w stanie spostrzec i zauważyć w dużo mniejszym zakresie i wymiarze. Wydaje mi się, że wiem, o co chodzi w tym zwrocie do obrazu.

Marta Karpińska: Pamiętam, że duże wrażenie zrobiły na mnie twoje obrazy przedstawiające głowy chorych ludzi z prawie renesansową precyzją, to były rysunki ołówkiem na zagruntowanym na biało płótnie. One były pokazywane, na twojej wystawie w Galerii Zderzak "Stainless"

Grzegorz Sztwiertnia: Na tych czarno - białych obrazach byli przedstawieni ludzie ze zdeformowanymi twarzami, w trakcie rekonstruowania części twarzy, szczęki itd. Po wypadkach samochodowych, ale nie tylko. Również, na przykład, po pobiciu. To co mnie w tym interesowało, to fakt, że ja również w sposób bardzo oszczędny staram się odtworzyć wizerunek twarzy, która również była w trakcie odtwarzania. Słowo "odtwarzanie", zawiera w sobie także wyraz "twarz". Nałożenie się tych trzech aspektów, razem ze sobą jest wystarczającym powodem, żeby się tym zająć. Powstało wtedy kilkanaście prac.

Ja w ogóle marzę o innym projekcie: zdjęcia z mojego bogatego archiwum twarzy, które w ogóle nie są zdeformowane. Na pierwszy rzut oka - rzut oka laika - jak normalne twarze, takie które, na co dzień można spotkać w gazecie, na ulicy, w jakiejś normalnej sytuacji. A każda ma jakieś konkretne i bardzo znaczące schorzenie, kryje się pod nią jakaś dysfunkcja. Można by zrobić taką wystawę z kilkuset takich zdjęć, gdzie wszystkie są normalne, wyglądają normalnie, nie ma w nich nic takiego interesującego, na co byś zwróciła uwagę i jednocześnie każda przedstawia bardzo konkretne schorzenie. Czy też patologię, to mogłoby być bardzo ciekawe. Jesteś w jaskini patologii, choroby i nędzy jakiejś, a jednocześnie nie widzisz w tym niczego niesamowitego, nienormalnego.

Marta Karpińska: Niezła metafora naszego świata.

Grzegorz Sztwiertnia: No właśnie, wszystko wygląda normalnie, ale aż kipi pod spodem. Dokładnie jak w "Królestwie" - szpital zbudowany na starym cmentarzysku.

Marta Karpińska: To znaczy masz jakieś archiwum ze zdjęciami, z którego stale czerpiesz?

Grzegorz Sztwiertnia: Tak. Trochę zdobywam, ale większość dostałem - to wszystko, co zostało w bibliotece moich rodziców. Mam pełno tych książek i co ciekawsze, większość z nich pochodzi z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych - wtedy w ogóle nie było "copyright'u". Nie było niczego takiego. Tylko: PZWL: Polski Związek Wydawnictw Lekarskich, rok wydania i nic więcej. Komunizm, socjalizm ma to do siebie, że jak coś jest wspólne to wspólne, a nie tam czyjeś! Ponieważ ten materiał powstał w tamtych czasach i w określonych warunkach, więc jest wspólnym dobrem narodu polskiego. Z tego czerpię. Odbijam sobie nędzę moich rodziców, dziadków i pozostałych przodków!

Marta Karpińska: To piękne! Dziękuje za rozmowę.

Kraków, październik 2002

 

 

       
| galeria | archiwum | oferta | wydawnictwa | wystawa | e-mail |
| galeria dla dzieci |
 
Galeria Zderzak wszelkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z dzieł udostępnionych na stronie internetowej dozwolone jest wyłącznie w celach niekomercyjnych dla użytku prywatnego. Wykorzystywanie reprodukcji i tekstów wyłącznie za zgodą Galerii.