Marta
Karpińska: To, co uderza na pierwszy rzut oka,
jeżeli chodzi o twoją działalność
artystyczną, to ilość "literatury",
w jaką zaopatrujesz większość swoich prac
- te wszystkie komentarze, instrukcje, odezwy, wykłady,
referaty... Czy przebrnięcie przez tą literacką
warstwę jest niezbędnym warunkiem sensownego odczytania
twoich prac? Na ile to jest ważne?
Grzegorz
Sztwiertnia: Zdradzę ci tajemnicę. Większości
tych rzeczy, na które się powołuję nie przeczytałem
w całości. Wynika to z pewnego rodzaju rozczarowania,
tym, że prawie wszystko co napotykam, podczas różnych,
nawet często peryferyjnych lektur - jest mi doskonale
znane na poziomie pozawerbalnym. Podążanie drogą
potwierdzania pewnych intuicji jest dość nudne.
Wszystko do czego się odwołuję mam przekartkowane,
oswojone. Moje starania nie zmierzają do tego, by być
erudytą, w takim znaczeniu klasycznym. Ja się cały
czas tym bawię. To jest kwestia podejmowania gry - takiego
berka. Ja jestem trochę ślepy, książka
jest trochę ślepa - i szukamy się po omacku.
I albo trafię, albo nie trafię. Ale z reguły
od razu trafiam w to, czego szukam. Jest w tym trochę
prowokowanego przypadku, ale to się sprawdza. Nie trzeba
być absolutnie w tym wszystkim obeznanym. Bardziej trzeba
być otwartym na zabawę tekstem. Nie ma to nic wspólnego
z tak zwanymi technikami postmodernistycznymi, które są
bardzo dopracowane technicznie. U mnie jest jak u psa. Pies
w pewnym momencie jest zainteresowany piłeczką,
a za sekundę goni za przebiegającą suczką.
I tak dalej. I ta "przerzutność" to jest
to, co mnie interesuje, i czego oczekuję od widza.

Marta
Karpińska: Chcę cię też zapytać
o ironię. Ona jest nieodłącznym elementem twojej
sztuki.
Grzegorz
Sztwiertnia: Ironię trzeba dobrze zrozumieć,
ale nie w takim pojęciu filozoficznym, które wywodzi
się od Sokratesa. Dla mnie ironia to jest ciepłe
wyrażenie stosunku do świata, szacunku dla człowieka.
Kawałek dalej możemy już się zetknąć
z sarkazmem - to jest już bardziej manipulacyjne. Albo
z cynizmem - jeszcze mocniej osadzonym na tej ekstremalnej
pozycji ze znakiem minus. Natomiast ironia balansuje pomiędzy
powagą, a żartem. Jest to rodzaj przyjacielskiego
poklepywania po ramieniu. Tak to odbieram. Nie posługuję
się ironią w sposób programowy. Skłonność
ironiczna bierze się raczej z wypracowanego wcześniej
albo z nabytego w sposób naturalny daru, jakim jest zdystansowany
stosunek do rzeczywistości. I do siebie przede wszystkim.
Marta
Karpińska: Praca "Psychotropy", gdzie
występujesz w roli założyciela i dyrektora
Studia Analizy Psychologicznej "Psychotrop" i udzielasz
porad Marcie Tarabule na temat jej wyglądu to reakcja
na wszechobecne w telewizji, gazetach, na ulicy rady, jak
być pięknym i wiecznie młodym. Inspiruje cię
rzeczywistość?
Grzegorz
Sztwiertnia: Opowiem skąd się wzięło
Studio Analizy Stroju i Elegancji. Zostało to oparte
na autentycznym tekście, który trafił w moje ręce
w dość dziwny sposób. Moja żona prowadzi pracownię
ubioru. Zajmuje się projektowaniem kreacji różnym
osobom, które się do niej zgłoszą. Raz pojawiła
się żona mojego znajomego i zostawiła u niej
w pracowni zeszyt, w którym był zamieszczony tekst analizy
jej osoby. Ona wcześniej poszła do takiego "studia
analizy", zapłaciła za analizę, która
po przeczytaniu okazała się głupia, nieprzydatna
do niczego. Po prostu mydlenie ludziom oczu.
To
kwestia decyzji, czy chcesz pracować w sferze egalitarnej,
czy elitarnej. Pracując w sferze egalitarnej stosowałbym
język magazynu "Twój styl", czy, idąc
niżej pisma typu "Pani Domu" czy "Viva"
itd. Te pisma zawierają właśnie całą
masę takich artykułów - jak zachować dobrą
formę psychiczną, umysłową, fizyczną
itd. To jest naturalne. Po prostu należy ruszać
się ćwiczyć fizycznie, trzeba ruszać głową
czytać jakieś trudne rzeczy, trzeba się po
prostu dobrze odżywiać i dobrze wysypiać. I
nie ma większych tajemnic dobrego samopoczucia. Natomiast
całe sztaby zajmują się powykręcaniem
tego wszystkiego. Bo okazuje się, że gdyby to wszystko
było takie proste, to wszyscy byliby piękni, młodzi,
szczupli i zawsze szczęśliwi. Rzadko kto może
być jakimś mistrzem duchowym, który panuje nad wszystkim
swoimi żądzami i emocjami, w dodatku jeszcze nad
powłoką fizyczną. Osiągnięcie takiego
stanu równowagi - o ile to w ogóle jest możliwe - to
strasznie ciężka praca. Wszystkie naprawdę
sensowne porady zaczynają się od tego, że masz
zacząć zmieniać swoje życie zaraz, w tym
momencie, a nie na przykład od jutra. A reszta to wszystko
bzdury. W magazynie "Gazety Wyborczej" (Duży
Format) był świetny artykuł o grupie ludzi,
którzy utrzymują, że możesz żyć bez
jedzenia. Bo skoro człowiek składa się z atomów
to równie dobrze może odżywiać się energią
pobieraną z promieni słonecznych, kolorów czy dźwięków
muzycznych.

Marta
Karpińska: Chciałam cię zapytać
o tą całą medyczną ikonografię w
twojej sztuce. Jej pochodzenie jest dosyć klarowne -
miałeś rodziców lekarzy, chciałeś studiować
medycynę, twoja wizyta w Muzeum Higieny stała się
już legendarna, fascynujesz się podręcznikami
medycyny itd. Skoro poruszasz się w takiej sferze - mam
na myśli wszystkie te zależności pomiędzy
stanem psychicznym i fizycznym, choroby, ekstrema życiowe
- to nie jest to przypadkowe. Dlaczego posługujesz się
takimi obrazami?
Grzegorz
Sztwiertnia: Ja tego oglądałem bardzo dużo
w młodości, w dzieciństwie. One stanowią
moja pożywkę. Wcześniej mówiliśmy o grupie
ludzi, którzy twierdzą, że mogą żyć
bez jedzenia. Dla nich naturalną pożywką jest
relaksująca muzyka albo promienie słoneczne. A dla
mnie w budowaniu pewnych rzeczy, sytuacji, obrazów - taką
pożywką są właśnie te obrazy czy
wspomnienia o nich. Ale nie tylko. Wczoraj widziałem
szwedzki film dokumentalny: "Mieć nową twarz".
Przeczytałem zachętę do obejrzenia tego filmu
w "Wyborczej" - mieli być tam przedstawieni
głównie ludzie po wypadkach. Pomyślałem, że
jeżeli jest poruszana kwestia rekonstrukcji twarzy, to
głównie chodzi tutaj o wypadki samochodowe. A tego nie
było. Mogłoby być to źródło nowych
wizerunków dla mnie. Takich ludzi niestety nie można
dojrzeć na ulicy. Oni po prostu nie wychodzą. Są
pochowani po swoich mieszkaniach, domach. Bardzo rzadko można
spotkać kogoś, kto rzeczywiście wybija się
poza taką przeciętność wyglądu. Czy
to będzie na przykład na skutek jakiegoś nieszczęśliwego
wypadku, oparzenia, czy nawet gdy w grę wchodzi "naturalna
deformacja". Oczywiście pewne choroby są bardzo
rzadkie - to jest jakiś niewielki odsetek, może
procent noworodków. Ale ja myślę, że tych ludzi
jest całkiem sporo. To są naprawdę ekstremalne
stany.
Marta
Karpińska: Parę tygodni temu był powtarzany
w telewizji serial "Królestwo" w reżyserii
Larsa von Triera. Zauważyłam, że jest wiele
motywów, które łączy ten film i twoją sztukę.
Cała ta medyczna otoczka, sama akcja filmu rozgrywa się
szpitalu, pokazywanie chorób, dziwnych stanów psychicznych,
deformacje fizyczne, niesamowitość, strach, czarny
humor, groza, a na samym końcu zawsze ironiczna puenta.
Pomyślałam, że pewnie ten klimat jest ci bliski.
Grzegorz
Sztwiertnia: Nawet bardzo. Film von Triera jest kwintesencją
większości monotematycznych produkcji, takich jak
na przykład "Szpital na peryferiach". Ten czeski
serial pokazywał jeden aspekt bardziej dotyczący
funkcjonowania struktury szpitala; bardzo powikłane,
ale jednak do nieprzyzwoitości normalne stosunki międzyludzkie.
No, ale ten film powstał w kraju komunistycznym. Te relacje
nie mogły być pokazane w inny sposób. Natomiast
Lars von Trier zrobił melanż różnych gatunków
filmowych. Serial, który pokazuje szpital jako oko cyklonu,
który zagarnia całą rzeczywistość do siebie,
zestawia ją w różnych konfiguracjach, tworzy coś
wybuchowego, coś niesamowitego. Pod tym względem
tytułowe "Królestwo" jest jak prawdziwe królestwo,
państwo, obszar, który rządzi się swoimi wewnętrznymi
prawami. Do tego jeszcze para młodych ludzi z zespołem
Downa, którzy, jak chór grecki, komentują to, co ma się
za chwilę stać. Poza tym jest to film niezwykle
dowcipny, pełen niesamowitego, inteligentnego humoru.
Marta
Karpińska: A co interesuje cię w sztuce?
Grzegorz
Sztwiertnia: Ja już nie jestem w stanie nawet
się zainteresować, przetrawić, przemyśleć,
dobrze się zapoznać, z tak zwaną sztuką
mainstream'u - czyli tego, co stanowi bazę wszystkich
wydarzeń dla całego rozwoju sztuki, a która jest
ważna dla takiego postronnego widza, dla kogoś kto
chodzi do muzeów, do galerii, interesuje się sztuką.
Ponieważ nie mam czasu, interesuję się najbardziej
ekstremalnymi przypadkami, które najpełniej na mnie oddziaływają.
To co mnie interesuje to poszukiwania, szaleńcze realizacje,
dziwne eksperymenty quasi- społeczne. Z rzeczy, które
ostatnio widziałem największe wrażenie zrobiła
na mnie wystawa w Berlinie, w Kunstwerke. Nie pamiętam,
jak się nazywała, ale towarzyszyło jej hasło:
"Dwadzieścia milionów Meksykańczyków nie może
się mylić". Zorganizował ją Francis
Al˙s, który mieszka teraz w Mexico City. Pokazał
na niej niezwyłe prace kilkunastu meksykańskich
artystów. Gdyby coś takiego, można było pokazać
w Polsce, myślę, że to by zmieniło zupełnie
układ sił, jeżeli chodzi o to, pod jaką
szerokością geograficzną robi się naprawdę
ciekawą, inspirującą sztukę.
Marta
Karpińska: Czujesz się malarzem?
Grzegorz
Sztwiertnia: Tak, dlatego, że moje najwcześniejsze
doświadczenia ze sztuką były związane
z malarstwem. Teraz do tego wracam. Wynika to z tego, że
mam szeroko otwarte oczy. Widzę nie tyle, polityczny
układ sił czy mechanizmy rynkowe. Widz jest znudzony
czymś, co wymaga od niego, więcej niż po prostu
zetknięcia się z jakąś płaszczyzną.
Z jakąś sytuacją prosto opisaną. Tak jak
w kinie. Te wszystkie nadzieje, że trójwymiarowe kino,
to przyszłość - po prostu mnie śmieszą.
Uważam, że najlepsze kino, to było to czarno-białe.
Im ono jest bardziej nierzeczywiste, przez to, że nie
naśladuje rzeczywistości - w kolorach, w przestrzeni,
we wszystkim - to tym ono jest bardziej sugestywne. To ograniczenie
powoduje, że człowiek odpada od rzeczywistości
i wchodzi całkowicie w to, co dzieło sztuki oferuje.
Tak samo jest z obrazem. Jest to mniejszy albo większy
prostokąt płótna, jakoś odseparowany od tej
rzeczywistości. I jeśli to jest dobry obraz, to
wtedy on ma piorunującą siłę. Natomiast
te wszystkie aranżacje, instalacje - w dalszym ciągu
zdarzają się bardzo ciekawe rzeczy. Ale człowiek
ewoluuje. Staje na coraz wyższym poziomie świadomości
siebie, świata i po prostu nie trzeba mu ładować
w trzech wymiarach, zapachach, w dźwiękach czegoś,
co po prostu jest w stanie spostrzec i zauważyć
w dużo mniejszym zakresie i wymiarze. Wydaje mi się,
że wiem, o co chodzi w tym zwrocie do obrazu.
Marta
Karpińska: Pamiętam, że duże
wrażenie zrobiły na mnie twoje obrazy przedstawiające
głowy chorych ludzi z prawie renesansową precyzją,
to były rysunki ołówkiem na zagruntowanym na biało
płótnie. One były pokazywane, na twojej wystawie
w Galerii Zderzak "Stainless"
Grzegorz
Sztwiertnia: Na tych czarno - białych obrazach
byli przedstawieni ludzie ze zdeformowanymi twarzami, w trakcie
rekonstruowania części twarzy, szczęki itd.
Po wypadkach samochodowych, ale nie tylko. Również, na
przykład, po pobiciu. To co mnie w tym interesowało,
to fakt, że ja również w sposób bardzo oszczędny
staram się odtworzyć wizerunek twarzy, która również
była w trakcie odtwarzania. Słowo "odtwarzanie",
zawiera w sobie także wyraz "twarz". Nałożenie
się tych trzech aspektów, razem ze sobą jest wystarczającym
powodem, żeby się tym zająć. Powstało
wtedy kilkanaście prac.
Ja
w ogóle marzę o innym projekcie: zdjęcia z mojego
bogatego archiwum twarzy, które w ogóle nie są zdeformowane.
Na pierwszy rzut oka - rzut oka laika - jak normalne twarze,
takie które, na co dzień można spotkać w gazecie,
na ulicy, w jakiejś normalnej sytuacji. A każda
ma jakieś konkretne i bardzo znaczące schorzenie,
kryje się pod nią jakaś dysfunkcja. Można
by zrobić taką wystawę z kilkuset takich zdjęć,
gdzie wszystkie są normalne, wyglądają normalnie,
nie ma w nich nic takiego interesującego, na co byś
zwróciła uwagę i jednocześnie każda przedstawia
bardzo konkretne schorzenie. Czy też patologię,
to mogłoby być bardzo ciekawe. Jesteś w jaskini
patologii, choroby i nędzy jakiejś, a jednocześnie
nie widzisz w tym niczego niesamowitego, nienormalnego.
Marta
Karpińska: Niezła metafora naszego świata.
Grzegorz
Sztwiertnia: No właśnie, wszystko wygląda
normalnie, ale aż kipi pod spodem. Dokładnie jak
w "Królestwie" - szpital zbudowany na starym cmentarzysku.
Marta
Karpińska: To znaczy masz jakieś archiwum
ze zdjęciami, z którego stale czerpiesz?
Grzegorz
Sztwiertnia: Tak. Trochę zdobywam, ale większość
dostałem - to wszystko, co zostało w bibliotece
moich rodziców. Mam pełno tych książek i co
ciekawsze, większość z nich pochodzi z lat
pięćdziesiątych, sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych - wtedy w ogóle nie było "copyright'u".
Nie było niczego takiego. Tylko: PZWL: Polski Związek
Wydawnictw Lekarskich, rok wydania i nic więcej. Komunizm,
socjalizm ma to do siebie, że jak coś jest wspólne
to wspólne, a nie tam czyjeś! Ponieważ ten materiał
powstał w tamtych czasach i w określonych warunkach,
więc jest wspólnym dobrem narodu polskiego. Z tego czerpię.
Odbijam sobie nędzę moich rodziców, dziadków i pozostałych
przodków!
Marta
Karpińska: To piękne! Dziękuje za
rozmowę.
Kraków,
październik 2002