|
Rozmowy
Zderzaka:
"ANI SLEDŹ,
ANI JÓZEF KUROSAWA"
Z Pawłem Książkiem rozmawia Marta Karpińska
W
"GRA W BERKA"
Z Grzegorzem Sztwiertnią rozmawia Marta Karpińska
"POWSZECHNIE
LUBIANY, SPOKOJNY, OPANOWANY"
z Marcinem Maciejowskim rozmawia Marta Karpińska
"NIE
MUSZĘ ŁOWIĆ, BO MALUJĘ"
Z Ignacym Czwartosem
rozmawia Marta Karpińska |
|
Marta Karpińska: Dostałeś się do FAMU za
pierwszym razem?
Krzysztof Zieliński: Tak - za pierwszym i jedynym podejściem.
Przygotowałem się bardzo dobrze i zdałem na pierwszym
miejscu.
Marta: A kiedy zacząłeś robić zdjęcia?
Krzysztof: Jak byłem w technikum elektronicznym postanowiłem,
że zostanę reżyserem. Fanatycznie chodziłem
do kina - przeszedłem przez historię filmu w kinie "Orzeł"
w Toruniu. Będąc w trzeciej klasie technikum, jeździłem
do Łódzkiej Szkoły Filmowej na konsultacje. Na pierwszym
spotkaniu zdarzyło się coś istotnego. Pan, który
prowadził konsultacje, poradził mi jako przyszłemu
reżyserowi, żebym czytał książki i zaczął
robić zdjęcia. Z książkami - jasna sprawa. Ale
te zdjęcia - to mnie raczej wkurzyło. Po co mi zdjęcia?
Nigdy ich nie robiłem i nie miałem takiego zamiaru. Ale
ta rada została mi gdzieś z tyłu głowy. Na kolejnych
zajęciach dotarło do mnie, że nie mogę być
reżyserem, ponieważ ten zawód wymaga łatwej komunikacji
z zespołem ludzi. Kocham oglądać filmy, ale nie potrafię
gadać z pięćdziesięcioma osobami na raz. Zdałem
na anglistykę. Po pół roku studiowania staro angielskiej
poezji i gramatyki zrozumiałem, że po raz kolejny minąłem
się z powołaniem. Potem znalazłem szkołę
w Danii, w której były prowadzone zajęcia z filmu i fotografii.
Spędziłem cztery miesiące w gigantycznym sklepie
z używaną odzieżą w Berlinie, żeby zarobić
na naukę w tej szkole. Dowiedziałem się jednak, że
stoi ona raczej na niskim poziomie. Nie wiedziałem, co dalej.
Wtedy kolega, który ze mną pracował w Berlinie - weteran
wojny w Angoli - poradził mi, żebym robił to, co
umiem najlepiej. Dużo czytałem i nauczyłem się
już robić zdjęcia. Kolega radził wybrać
fotografię, bo na książkach była marna szansa
na zarobek. I kazał wybrać najlepszą szkołę.
No i tak trafiłem do FAMU.
Marta: I to była faktycznie najlepsza szkoła?
Krzysztof: Z pewnością jest to jedna z najlepszych
szkół na świecie. Odsetek absolwentów FAMU, którzy coś
wnieśli do historii fotografii jest dosyć spory. Jest
kilka szkół, które mają porównywalne osiągnięcia
np. szkoła gdzie uczyli Becherowie w Düsseldorfie. Wartość
FAMU polega chyba głównie na tym, że założyciel
katedry fotografii Jan Smok stworzył uniwersalny i bardzo
wymagający program nauczania fotografii, który do dzisiaj się
sprawdza. Przeniósł klasyczny sposób nauczania artystycznego
na fotografię. Stworzył system ćwiczeń warsztatowych,
które stopniowa wprowadzają w coraz trudniejsze elementy szeroko
pojętego rzemiosła fotograficznego. Trzy pierwsze lata
nauki to żmudne ćwiczenia warsztatowe, które dają
ci do ręki bardzo dobry instrument. Ostatnie dwa lata studiów
to właściwie zupełna wolność.

Marta: Który z profesorów czy czeskich fotografów miał
na Ciebie największy wpływ?
Krzysztof: W czeskiej fotografii dominują dwa główne
nurty: pierwszy to jest klasyczna, czeska fotografia, czarno-biała,
sentymentalno - poetycka, której przykładem jest Josef Sudek.
A drugim bardzo silnym nurtem jest fotografia dokumentalna, jego
przedstawicielami są np. Josef Koudelka, Viktor Kolář
czy Jindrich Streit. Dla mnie osobiscie najistotniejszym czeskim
fotografem dokumentalnym ostatnich trzydziestu lat jest Viktor Kolář.
On od trzech dekad robi jeden projekt, który się nazywa "Ostráva".
Marta: Ty od trzech lat fotografujesz Wąbrzeźno. Kolář
Cię zainspirował?
Krzysztof: Być może. Geneza mojego projektu była
raczej przypadkowa. Ale faktem jest, że najwięcej na FAMU
pracowałem z Viktorem Kolářem i on wywarł na mnie
na pewno duży wpływ. To jest w ogóle bardzo ciekawa postać.
W latach sześćdziesiątych wyemigrował do Kanady,
potem do USA. Dosyć szybko został tam dostrzeżony.
Zaproponowano mu nawet członkostwo w słynnej Agencji Magnum.
Zdecydował się jednak wrócić do Czechosłowacji.
Tam jako dysydent musiał pracować w kopalni w swoim rodzinnym
mieście Ostravie. Od początku lat siedemdziesiątych
fotografuje życie w Ostravie, dokumentuje to jedno z najbardziej
uprzemysłowionych miast w Czechach. Dla niego fotografia nie
jest zawodem czy zajęciem tylko rodzajem religii.
Marta: Twoje szkolne ćwiczenie "Katedrala", w
którym fotografowałeś zjawisko "turyzmu" w praskiej
katedrze Św. Wita jest chyba przesiąknięte czeskim
klimatem. Chodzi mi o sposób obserwacji - liryczny i sarkastyczny
jednocześnie. Ten typ poczucia humoru jest obecny np.: we wczesnych
filmach Formana i wpisuje się w powszechne postrzeganie czeskiej
kultury.
Krzysztof: To ćwiczenie nazywało się "reportaż
tematyczny". Miałem ambitny plan, żeby pokazać
w nim kluby techno. Przez dwa miesiące, co weekend chodziłem
do klubów. Wystrzelałem masę filmów i nie udało mi
się uzyskać nic ciekawego. Nie byłem w stanie przemóc
się i współreagować z tymi ludźmi, a bez tego
w dokumencie niewiele się zdziała, robi się reportaż
- płaską, powierzchowną informację, bez jakiegokolwiek
rozumienia, głębszej treści. Miałem coraz mniej
czasu, żadnego pomysłu i depresję. Czeska rzeczywistość
mnie wtedy strasznie wkurzała. Praga to jest miejsce piękne
i przyjemne, jeśli jedzie się tam na krótko. Jeżeli
próbujesz tam żyć i coś zdziałać jest już
gorzej. Panuje tam spora ksenofobia, która nie wyraża się
za pomocą fizycznej czy słownej agresji przeciwko obcym,
tylko specyficznym dystansem i chłodem. I nie jest to tylko
moje odczucie. Na pomysł "Katedry" wpadłem w
majowe popołudnie na Hradczanach. Zacząłem się
zastanawiać, co ja tu w ogóle robię? Jestem tu tylko turystą.
Skoro tak, to jedyni ludzie, których jestem w stanie zrozumieć
w pełni to turyści. W pełni rozumiałem ich sytuację
i byłem w stanie to jakoś przekazać. Pracowałem
nad tym cyklem dziewięć tygodni w Katedrze Św. Wita codziennie
między 11.00 a 18.00. Czesi nie do końca rozumieli, o
co w tym chodzi. Myślę, że jest to związane
z tym, że po pierwsze jestem z Polski, gdzie tego typu zdjęcia
i sytuacje są nierealne: że ktoś śpi w kościele
albo gada przez telefon, albo pije piwo. A jeśli chodzi o ironiczne
poczucie humoru, to jak twierdzi Kolář, jest ono charakterystyczne
dla całej tzw. Europy Środkowej.

Marta: Czy uważasz, że istnieje "czeska estetyka"
w fotografii i, jeśli tak, jaki miała na Ciebie wpływ?
Krzysztof: Myślę ze można
znaleźć pewną kombinację cech, które charakteryzują
czeską fotografię. Jest to przede wszystkim, niezależna
od dziedziny fotografii, tendencja do bardzo rzetelnego podejścia
warsztatowego. Ponadto Czesi historycznie byli pod silnym wpływem
sztuki niemieckiej, a więc w naturalny sposób byli na "bieżąco"
z głównymi nurtami, np. fenomenalna czeska awangarda fotograficzna
lat okresu międzywojennego to jedno z ważniejszych zjawisk
tego okresu w Europie. W fotografii czeskiej odnaleźć
tez można ślady specyficznej dla całej czeskiej kultury
"pragmatyczności emocjonalnej". Mam na myśli brak
tendencji do "zbytecznego" dramatyzowania, co jednocześnie
kompensowane jest obecnością łagodnego sentymentalizmu
lub frywolności (choć jest masa wyjątków). No i jeszcze
jeden istotny element, od wynalezienia do dzisiaj, fotografia w
Czechach posiada ciągłość rozwojową, tym
samym wypracowała sobie spore zaplecze zarówno warsztatowe
jak i intelektualne, które tworzy świetne warunki do dalszego
"rozkwitu". Bądź, co bądź czeska fotografia
była zawsze w światowej czołówce.
Jeżeli chodzi o wpływ na mnie, to myślę, że
sprawą zasadniczą jest moja "rzemieślniczość"
- warsztat uważam za bardzo ważny element wszelkiej działalności
artystycznej. Co prawda sam warsztat na wiele się nie zda,
ale bez niego w sztuce ani rusz.
Marta: Dosyć szybko zacząłeś pokazywać
swoje prace, jeszcze będą na studiach miałeś
parę wystaw.
Krzysztof: Wiązało się to z "sukcesem"
całej grupy cudzoziemców, z którymi studiowałem na roku.
Ówczesny szef katedry stwierdził, że to pierwszy taki
rok, gdzie studenci z zagranicy byli "lepsi" od Czechów. Byliśmy
zapraszani do zbiorowych wystaw FAMU. W ten sposób moje prace zostały
zauważone przez Vladimira Birgusa (
znany kurator i historyk fotografii), który zaproponował
mi zrobienie wystawy indywidualnej.
Marta: Przed "Hometown" robiłeś tylko zdjęcia
czarno - białe?
Krzysztof: "Hometown" to są moje pierwsze kolorowe
zdjęcia. A kolor pojawił się w nich z jednego prostego
powodu - chciałem, żeby były bardzo współczesne.
W czarno - białej fotografii zwykle umyka umiejscowienie w
czasie, staje się przez to robi ponadczasowa, czy też
raczej "bezczasowa". Chciałem tego uniknąć za wszelką
cenę - w tytułach stosowałem nawet daty dzienne.
Marta: Fotografie, które robiłeś przed "Hometown", były
często anegdotyczne. Projekt "Planespoting", który powstał
w Londynie jest wręcz odejściem od konwencjonalnej fotografii
w stronę konceptualnego żartu. Tymczasem "Hometown"
- z punktu widzenia odbiorcy - to, przede wszystkim, czysta, wysmakowana
kolorystycznie i kompozycyjnie fotografia. Dla Ciebie samego to całkiem
inna historia. Krzysztof: Zasadnicza różnica bierze
się z tego, że "Hometown" nie był związany
ze szkołą. Czułem przesyt klasycznego rozumienia
fotografii i wszystkich szkolnych sytuacji. Poza tym wróciłem
z pięknej Pragi, a tu taki syf. To było naprawdę
bolesne. Zacząłem też sobie uświadamiać,
że najbardziej istotnym elementem w działalności
artystycznej jest głęboka, stuprocentowa uczciwość
artysty wobec odbiorcy. I "Hometown" stało się
manifestacją tych przemyśleń. Punkt wyjścia
znajdował się wewnątrz mnie, i wszystkie pozostałe
elementy musiały się do tego dopasować. Sprawy formalne
to tylko detal w tym momencie. To przychodziło automatycznie
- po prostu robiłem zdjęcie bez żadnych długotrwałych
przemyśleń, ustawiania czegoś. Początkowo chciałem
robić te zdjęcia w aparatem wielko-formatowym. Ale zrezygnowałem
z tego, bo umknęłoby coś, co jest ich siłą
- instynkt, emocja. W przypadku fotografii wielko-formatowej, kiedy
pracuje się na statywie, od momentu zobaczenia motywu do zrobienia
zdjęcia mija jakieś pięć minut. W tych pięciu
minutach może zdarzyć się wszystko i wszystko może
zniknąć. Tak więc, pozostałem przy fotografii
35 mm, po prostu podnoszę aparat do oka i bez zastanowienia
robię zdjęcia. Zastanowienie przychodzi później,
przy selekcji. Wtedy buduje się wypowiedź formalną.
Zaczyna się to oglądać od strony warsztatowej, budowania
pewnych nastrojów. Z fotografią jest odwrotnie niż z malarstwem.
W malarstwie do pustego płótna musisz dodawać kompozycję,
kolory itd. A w fotografii na początku masz wszystko i od tego
musisz zacząć odejmować tak, żeby została
sama esencja. Tylko najpierw trzeba tą esencję jakoś
ogarnąć w umyśle, żeby wiedzieć, do czego
się dąży.

Marta: Pracę nad "Hometown" skończyłeś w
marcu tego roku; w sumie zajęło Ci to trzy lata. Nie masz
zamiaru kontynuować?
Krzysztof: Nie. Poczułem zmęczenie tym projektem,
zacząłem się powtarzać. Czas zmienić temat.
Pewnym post scriptum do "Hometown" jest projekt o roboczym tytule
"Thoughts and Pleasures". W jakimś momencie zaczęło
mnie ciekawić, co dzieje się w tych wszystkich domach,
które fotografuję - co znajduje się za fasadą? Zacząłem
fotografować wewnątrz. Nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie,
bo ciągle nad tym pracuję. Sposób pracy przejąłem
od dokumentalistów - bardzo długo drążę jeden
temat.
Marta: Masz zamiar zostać w Wąbrzeźnie?
Krzysztof: Nie. Mój powrót do rodzinnego miasta był
związany z projektem "Hometown". Ja nie miałem zamiaru
wracać do Wąbrzeźna po studiach; nie miałem
zamiaru nawet wracać do Polski. Wiązało się
to z tym, że sytuacja z fotografią w Polsce jest niedobra.
Brakuje wyrobionej publiczności, pewnych standardów jakościowych,
instytucji czy poważnej edukacji. Jeszcze w połowie studiów
dotarło do mnie, że to, o czym się na FAMU uczę
i do czego staram się dążyć, w Polsce jest praktycznie
nieznane. A to oznacza, że albo należałoby obniżyć
loty, albo w ogóle zrezygnować. A nie czuję w sobie wystarczającej
siły, aby przełamywać falę. Jeżeli są
nawet jakieś punkty odniesienia w historii, to odnoszą
się one do spraw dawno przebrzmiałych, które są odgrzewane
po raz dziesiąty. Instytucje takie jak np.: ZPAF nie sprawdzają
się dziś w kreowaniu standardu jakościowego porównywalnego
ze światowym, (nawet termin fotografik jest wymyślony
i używany tylko w Polsce); podobnie jest z edukacją fotograficzną.
Paradoksalnie - w Polsce istnieje uznana na całym świecie
szkoła operatorów. Mamy, więc potencjał ludzki i
techniczny.
Teraz jest w ogóle boom na różne szkoły fotografii, kursy,
- ale, w znakomitej większości są na tym samym słabym
poziomie. Z tego powodu wyjechałem do Pragi. Wielu moich znajomych
z tych samych powodów studiuje fotografię za granicą i
nie ma zamiaru wracać do Polski. A wracając do pytania
to nadal myślę, że nie zostanę w Polsce, ale
kto wie...
Marta: No to się cieszę, że Zderzak uratował
Cię dla Rzeczpospolitej.
Krzysztof: To, że tu trafiłem dobrze wpłynęło
na moje samopoczucie i motywację do pracy. Jest odzew, chociaż
z innego środowiska niż się spodziewałem. Pewien
pan powiedział mi po wystawie Biennale Fotografii w Poznaniu:
"A to są pana zdjęcia? Te kolorowe? Hm, smutek prowincji.
Bardzo ładne, bardzo ładne. A pan jest malarzem, prawda?"
Mówię mu, że nie do końca, że właściwie
jestem fotografem i taką skończyłem szkołę.
" A jaką?" FAMU w Pradze. "A FAMU? No tak, właściwie
to widać, że coś pan ma z tej czeskiej fotografii."
Wziął mnie za malarza...Może coś w tym jest?
Kraków, lipiec 2003
|