TEKSTY ARCHIWALNE

 

Z "Nowymi Dzikimi" w Zderzaku. (1985)

 

Andrzej Szewczyk Komma

Piotr Bartula
Cnoty Maszlanko

 

 

Jan Michalski

Wdzięk bosych stóp


Kiedy Stanley odnalazł wreszcie Livingstona w sercu Afryki, prędziutko włożył nowy garnitur pod rozwiniętym gwiaździstym sztandarem. Miejscowość nazywała się Udjidji a w Udjidji nigdy nic nie wiadomo. Dlatego, widząc starca z białą, falującą brodą, Stanley upewnił się pytając: "przypuszczam, że dr Livingstone?". Formalnościom stało się zadość, podano sobie dłonie.
Jestem zdania, że nasze stosunki z malarzami - i z artystami w ogóle - powinny uzyskać formę rygorystyczno-prawną. Jeśli kontakt przypadkowej publiczności z dziełem sztuki nie oganicza sie do toastu za zdrowie artysty i jego rodziny, zawsze istnieje obawa nagłej dowolności, jakiegoś afrykańskiego roskiełznania, kiedy jedni wchodzą na drugich.
Niebezpieczeństwa tego doświadczyłem będąc obecny na wernisażu wystawy Ryszarda Grzyba w galerii ZDERZAK. Oglądnąwszy obrazy przypięte pineskami do ścian, publiczność oczekiwała z lekkim przestrachem tupotu bosych stóp na schodach. Do Krakowa przybyła trójosobowa delegacja Dzikich: Marek Sobczyk, Ryszard Woźniak i Ryszard Grzyb (z żoną). Jednak młodzi warszawscy malarze okazali się łagodni, odwijeni. "Nowymi Dzikmi" nazwano ich przez analogię ze sztuką Zachodu (immanentna głupota historii sztuki) w roku 1982, gdy wysoko podnieśli swój totem: maskę śmiechu. Łagodni Dzicy posiadaja wdzięk grupowy. Powiem od razu: są to zdobywcy serc, uwodziciele. Sympatia do nich musi natychmiast wywołać reakcję - nieprzejednany opór - inaczej prędko zamieni sie we wspólnictwo. Sympatia i wspólnictwo leżą bowiem w ich zamiarach,którym sprzyja dobrze przemyślana łatwość...
Obrazy Grzyba to niezła Afryka. Jego figuralne kompozycje są symetryczne, czasem nawet antytetyczne, założone na trójkącie, nawet kole, płaskie i jednowymiarowe. Maluje temperami na arkuszach papieru. Obłe, masywne kształty obwodzi przeważnie wyraźnym, czarnym konturem. Opierają sie one prawdopodobnie na odruchowych skojarzeń i widocznie dlatego, siłą rzeczy ich symbolka niemal ogranicza się do sfery genitalnej i genitalno-oralnej. "Szlifierz nocnych diamentów" celuje kutasem (Penis Maior) w głąb gwiaździsto-kosmicznej rury, na przeciwległej ścianie dwa potwory smagaja się długimi mieczami, dalej przysadzisty kat w kapturze ćwiartuje koguta, itd. Zestawienia kolorów, czasem bardzo ciekawe, przeważnie nieprzyjemne, gryzące się. Sposób malowania sugeruje pośpieszną robotę, a obrazy ofiarują tak usłużną ł a t w o ś ć , że wyglądałaby ona na śpiew estradowy, gdyby nie była z r o b i o n a.
...
- Z waszej strony to jest zwykła bezczelność!
- Proszę pytać wyłącznie o szczelność lub nieszczelność.
...
On jadąc nałatwości jak na łysej kobyle - nieraz sam jej ulega , nieraz sam idzie na lep swojej łatwości i pali takie szmiry aż zęby cierpną. (Zdaje się , że bardzo go to cieszy). Dzięki temu wystawa charakteryzuje się pewna monotonią. Nie można mu odmówić siły wyrazu, ale śmiech, o którym była mowa na wernisażu, nie jest jasnym śmiechem, jest m a s k ą śmiechu.
Jest to rodzaj śmiechu, jaki chwyta na widok konia w kieracie. Powiedzcie, czy jest to żywioł wyzwalający?
Powiedziałbym nawet, że jest coś k o ń s k i e g o w tych gadatliwych obrazach... Ktoś z publiczności dopatrzył się w nich pochwały życia i afirmacji ("autor jest człowiekiem z natury pogodnym"). Ale czy koń krocząc nie afirmuje?
Tyle interpretacji.
...
Grzyb przedstawił się jako autor obrazów (niekiedy maluje razem z Woźniakiem) a Woźniak odczytał swój tekst o Bogu. Publiczność miała problem do rozwiązania: jak pogodzić agresywną łatwość z chrześcijańskim miłosierdziem. Nie zauważono, że nadwyżka agresji malarskiej bierze się z bezbronności ich twórców, że jest ona nieśmiałą rekompensatą na otwartość, za jej niebezpieczeństwa. I Woźniak, mając Afrykę za plecami, mówił o drodze do Boga i o swoich poszukiwaniach nieskończonego wizerunku... Tekst, przepojony prawdziwie zacną franciszkańską pokorą, zaraz wszedł tak nieszczęśliwie w związki z łatwością, że zgromadzeni kilkakrotnie domagali sie zaprzestania lektury. Nie moglo być mowy o wspólnictwie. Toteż w momencie, kiedy napomknął, że publiczność m u s i b y ć medium artystów, nastąpiło małe zamieszanie i z ciemności odezwały się liczne głosy: "protestujemy"' "zejdźcie z nas"' "hańba"...
Podobnie jak odczyt Sobczyka sprzed dwóch tygodni ("O rozszerzaniu perspektyw seksualnych") tekst Woźniaka stał się wędką zarzuconą na publiczność, a Bóg, niechcący, przynętą. Kompromitacja.

Powiększa ja jedynie kobieca wątpliwość: "czy mam przez to rozumieć, że malując swoje obrazy poszukuje pan Boga?". Gęsto tłumaczącemu się prelegentowi śpieszą z pomocą przyjaciele i po raz pierwszy mozna oglądać ich grupowa działalność. Jej metoda jest muzyczna: A podaje temat, B rozwija go, C kompromituje doprowadzeniem do absurdu. Finał wśród rozgardiaszu i wybuchów wielkiego śmiechu. Tę grę mają we krwi. Poczucie wolności jakiego udziela im grupa /symptom artystyczny w odróżnieniu od przeciętnego, dobrze bawiącego się towarzystwa/ jest ich celem w nie mniejszym stopniu niż malowanie obrazów. Obrazy są przejawem ubocznym właściwego im stanu - jak go nazwać? - swobodnego rozformowania, który osiągaja oddychając powietrzem absurdu.
Pytanie --- po co bezpieczeństwo grupy, po co absurd wewnątrz, skoro na zewnątrz w społeczeństwie jest dosyć absurdu.
Odpowiem małym rozróżnieniem: to co panowało na zewnątrz  w chwili pojawienia się grupy w 1982 roku, nie było absurdem, lecz nonsensem. Panowała atmosfera żenująco kłamliwej dosłowności nie dająca szans artyście, który w warunkach stałego zaprzeczania sensu nie potrafi tworzyć z niczego. Dotyczy to sztuki młodej , której "historyczność" niszczy w zarodku "substancję". W chwili powstania ich własnej, silnej, swobodnej społeczności społeczeństwo żyło pod przymusem. Jego objawem był brak obywatelskich swobód, lecz prawdziwą przykrością, rzeczywistą przyczyną presji była jawność mechanizmu społecznego, który rzekomo doskonale moze obejść bez swego podmiotu, tj. społeczeństwa. Widok gołego mechanizmu, szkieletu pozbawionego naturalnych odruchów i opartego o konieczność niezmiennego funkcjonowania, był przyczyną poczucia dręczącej fikcji (jej symbolem nich będzie ślepy koń chodzący w kieracie).
Presja sytuacji odzwierciedla się jednak bezpośrednio nie w utworzeniu jakichś więzów grupowych, bo ich potrzeba jest wtórna w stosunku do potrzeb artystycznych. Jej istnienie odbija się na samym charakterze zabawy, która zwykle nazywa się sztuką, a którą przyjemnie byłoby pomylić z młodością.

Grzyb układa włosy Sobczykowi i tarmosi mu brwi---

Publiczność, stwierdziwszy, że młodość trzyma ich wszystkich pod kluczem, odmówiła wspólnictwa i przeciwstawiła im racje 1.artystyczne, 2.filozoficzne, 3.formalne. "Aby malarstwo było malarstwem Kraków od Wisły odepchnąć się nie da!". Rzecz charakterystyczna - pierwszy atak skierowano na tożsamość grupy. Poszczególni członkowie niebywale się od siebie różnią! W odpowiedzi grupa przedstawiła swoją metodę: Sobczyk doprowadził ostatni argument do zasłużonego absurdu, Grzyb wtórował mu głośnym śmiechem "uhu hu!". Niestety, uwaga skupiona na obrazach wiszących na ścianach nie pozwoliła zgromadzonym docenić podstawowych korzyści tej metody. Osobowość autorów i osobowość obrazów na równych prawach - to w pewnym sensie zatruwa estetyczną przyjemność, ta jakaś... domieszka.
Zauważono, że obrazy są nieestetyczne, brzydkie, a nawet brzydota, ktora ostatecznie mogłaby być ich artystyczną korzyścią, jest jakby... za łatwa. Ktoś wysunął hipotezę zemsty na języku: że przyciśnięci sytuacją, biorą odwet na malarstwie; ich ogólna podejrzliwość co do języka sprawia, że chcą wzmosnić malarstwo osobowością; będąc drogą a nie celem jest ono wystawione na cios.
Zresztą sami wystawiają się na niebezpieczeństwo. Niespokojni o artystyczny wynik swoich poszukiwań korzystają z okazji konfrontacji z publicznością i nadają wystawie wyszukany tytuł /tytuły to ich specjalność/ "Pojedynek na huśtawce".

W tej burzy uczuć, jakby kotwica spoczynku,
Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku:
"Zamordować Hrabiego! Łotra! Krzyknął w gniewie,
Zginąć albo zemścić się! a za co? sam nie wie!

- Dlaczego "zemsta"? - Marek Sobczyk obruszył się. - To jest po prostu niezbędnik. Podręczny, przenośny niezbędnik. Tym obrazom niczego nie brakuje.
Podsuwam im performence (a performujcie sobie, performujcie...): czy nie jest to jaśniejsza idea grupowej działalności? Osobowość na wierzchu, produkcja różnych dowcipnych sytuacji, zaangażowanie publiczności, a obrazy, ostatecznie, gdzieś z boku...dlaczego nie?
Marek oburzony:
- Dlaczego performance? a czemu nie jakiś fluxus? - ktoś inny powie - róbcie happening... róbcie to - tamto. Tosą wygodne formułki! Mamy się dać zamknąć?
Do rękoczynów nie doszło. Dzicy są, jak powiedziałem , łagodni, oswojeni. Wkrótce dyskusja utonęła na semantycznych poziomach, na języku, na meta-języku...
...
Ciekawiła mnie ich łatwość. Jak radzą sobie z łatwością? To, że od razu ich pokochałem , zmusiło mnie do zapytania: nie za łatwo? Potruź ich trochę, za prędko ciebie zdobyli. "Młodości wystarczy własne bogactwo i niechaj się nim zadowala". Oni nie chcą rezygnować z własnej niezależności i ze świadectwa czasu jakie wystawili. Ale zrezygnować muszą.[nieczytelne]. Sprawdź, w którym miejscu powstanie pierwsze niedomówienie. Obserwuj, jak ona zamienia im się w kult - jak on im się nudzi - jak z nim przestają. Patrz, jak gryzie ich ta sama troska; przez nią stali się środkiem oczyszczającym krew i przyspieszajacym jej krążenie.

I ten śmiech wielki, jak się zajął w mgnieniu oka,
tak wywietrzał; znów zdjęła go żałość głęboka.

Wytrącić ich z grupowości! Natychmiast pozbawić ich tej zasady zanim będzie za późno. Który z nich? Sobczyk? /On już wie/. Marku co cię przy nich trzyma? Zerwij. Wypłyń na szerokie wody.
Dziwne, że ta negatywna sztuka przywiązana do malarstwa nie wzbudziła ostrzejszej reakcji. Może zaważyło tu, że nazbyt są udręczeni i bezbronni, a przede wszystkim - zbyt otwarci i -jednak prostoduszni, i zbyt zaufali młodości i metodzie? (Nieśmiałość ich prowokacji).
A może wyzwanie, które niesie mimowonie ich działalność, nie natrafia na opór z przyczyny panującej w interesie pustki?
Jakby nie było porównajmy ich intuicją czasu, dzięki której każdą myśl chwytają w jej zmiennym , dynamicznym obrocie, z twórczością tych, którzy tak dobrze opanowali swój własny genre, że zdolni są jedynie do powielania samyych siebie (przez co mają prawo uchodzić za męczenników, którym kazano strugać pale i własnoręcznie ich dosiadać)... Jest to jednak nowa czułość.
...
Woźniak i Grzyb uprawiają sztuke karate. Widziano ich nad Wisłą okładających się fair kopniakami. Wracaliśmy z Grzybem i jego żoną do domu tym samym pociągiem i zgadało się , że obaj mamy trudności mieszkaniowe. Panuje przejmująca ciasnota.

grudzień 1985

 


Pierwsza wystawa w Galerii Zderzak. Pokaz obrazów Marka Sobczyka,
pazdziernik 1985.

 

 

       
| galeria | archiwum | oferta | wydawnictwa | wystawa | e-mail |
| galeria dla dzieci |
 
Galeria Zderzak wszelkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie z dzieł udostępnionych na stronie internetowej dozwolone jest wyłącznie w celach niekomercyjnych dla użytku prywatnego. Wykorzystywanie reprodukcji i tekstów wyłącznie za zgodą Galerii.