|
Andrzej
Szewczyk Komma
Piotr
Bartula
Cnoty Maszlanko
|
|
Jan
Michalski
Wdzięk bosych stóp
Kiedy Stanley odnalazł wreszcie Livingstona
w sercu Afryki, prędziutko włożył nowy garnitur
pod rozwiniętym gwiaździstym sztandarem. Miejscowość
nazywała się Udjidji a w Udjidji nigdy nic nie wiadomo.
Dlatego, widząc starca z białą, falującą
brodą, Stanley upewnił się pytając: "przypuszczam,
że dr Livingstone?". Formalnościom stało się
zadość, podano sobie dłonie.
Jestem zdania, że nasze stosunki z malarzami - i z artystami
w ogóle - powinny uzyskać formę rygorystyczno-prawną.
Jeśli kontakt przypadkowej publiczności z dziełem
sztuki nie oganicza sie do toastu za zdrowie artysty i jego rodziny,
zawsze istnieje obawa nagłej dowolności, jakiegoś
afrykańskiego roskiełznania, kiedy jedni wchodzą
na drugich.
Niebezpieczeństwa tego doświadczyłem będąc
obecny na wernisażu wystawy Ryszarda Grzyba w galerii ZDERZAK.
Oglądnąwszy obrazy przypięte pineskami do ścian,
publiczność oczekiwała z lekkim przestrachem tupotu
bosych stóp na schodach. Do Krakowa przybyła trójosobowa delegacja
Dzikich: Marek Sobczyk, Ryszard Woźniak i Ryszard Grzyb (z
żoną). Jednak młodzi warszawscy malarze okazali się
łagodni, odwijeni. "Nowymi Dzikmi" nazwano ich przez
analogię ze sztuką Zachodu (immanentna głupota historii
sztuki) w roku 1982, gdy wysoko podnieśli swój totem: maskę
śmiechu. Łagodni Dzicy posiadaja wdzięk grupowy.
Powiem od razu: są to zdobywcy serc, uwodziciele. Sympatia
do nich musi natychmiast wywołać reakcję - nieprzejednany
opór - inaczej prędko zamieni sie we wspólnictwo. Sympatia
i wspólnictwo leżą bowiem w ich zamiarach,którym sprzyja
dobrze przemyślana łatwość...
Obrazy Grzyba to niezła Afryka. Jego figuralne kompozycje są
symetryczne, czasem nawet antytetyczne, założone na trójkącie,
nawet kole, płaskie i jednowymiarowe. Maluje temperami na arkuszach
papieru. Obłe, masywne kształty obwodzi przeważnie
wyraźnym, czarnym konturem. Opierają sie one prawdopodobnie
na odruchowych skojarzeń i widocznie dlatego, siłą
rzeczy ich symbolka niemal ogranicza się do sfery genitalnej
i genitalno-oralnej. "Szlifierz nocnych diamentów" celuje
kutasem (Penis Maior) w głąb gwiaździsto-kosmicznej
rury, na przeciwległej ścianie dwa potwory smagaja się
długimi mieczami, dalej przysadzisty kat w kapturze ćwiartuje
koguta, itd. Zestawienia kolorów, czasem bardzo ciekawe, przeważnie
nieprzyjemne, gryzące się. Sposób malowania sugeruje pośpieszną
robotę, a obrazy ofiarują tak usłużną ł
a t w o ś ć , że wyglądałaby ona na śpiew
estradowy, gdyby nie była z r o b i o n a.
...
- Z waszej strony to jest zwykła bezczelność!
- Proszę pytać wyłącznie o szczelność
lub nieszczelność.
...
On jadąc nałatwości jak na łysej kobyle - nieraz
sam jej ulega , nieraz sam idzie na lep swojej łatwości
i pali takie szmiry aż zęby cierpną. (Zdaje się
, że bardzo go to cieszy). Dzięki temu wystawa charakteryzuje
się pewna monotonią. Nie można mu odmówić siły
wyrazu, ale śmiech, o którym była mowa na wernisażu,
nie jest jasnym śmiechem, jest m a s k ą śmiechu.
Jest to rodzaj śmiechu, jaki chwyta na widok konia w kieracie.
Powiedzcie, czy jest to żywioł wyzwalający?
Powiedziałbym nawet, że jest coś k o ń s k i
e g o w tych gadatliwych obrazach... Ktoś z publiczności
dopatrzył się w nich pochwały życia i afirmacji
("autor jest człowiekiem z natury pogodnym"). Ale
czy koń krocząc nie afirmuje?
Tyle interpretacji.
...
Grzyb przedstawił się jako autor obrazów (niekiedy maluje
razem z Woźniakiem) a Woźniak odczytał swój tekst
o Bogu. Publiczność miała problem do rozwiązania:
jak pogodzić agresywną łatwość z chrześcijańskim
miłosierdziem. Nie zauważono, że nadwyżka agresji
malarskiej bierze się z bezbronności ich twórców, że
jest ona nieśmiałą rekompensatą na otwartość,
za jej niebezpieczeństwa. I Woźniak, mając Afrykę
za plecami, mówił o drodze do Boga i o swoich poszukiwaniach
nieskończonego wizerunku... Tekst, przepojony prawdziwie zacną
franciszkańską pokorą, zaraz wszedł tak nieszczęśliwie
w związki z łatwością, że zgromadzeni kilkakrotnie
domagali sie zaprzestania lektury. Nie moglo być mowy o wspólnictwie.
Toteż w momencie, kiedy napomknął, że publiczność
m u s i b y ć medium artystów, nastąpiło małe
zamieszanie i z ciemności odezwały się liczne głosy:
"protestujemy"' "zejdźcie z nas"' "hańba"...
Podobnie jak odczyt Sobczyka sprzed dwóch tygodni ("O rozszerzaniu
perspektyw seksualnych") tekst Woźniaka stał się
wędką zarzuconą na publiczność, a Bóg,
niechcący, przynętą. Kompromitacja.
Powiększa ja jedynie kobieca wątpliwość:
"czy mam przez to rozumieć, że malując swoje
obrazy poszukuje pan Boga?". Gęsto tłumaczącemu
się prelegentowi śpieszą z pomocą przyjaciele
i po raz pierwszy mozna oglądać ich grupowa działalność.
Jej metoda jest muzyczna: A podaje temat, B rozwija go, C kompromituje
doprowadzeniem do absurdu. Finał wśród rozgardiaszu i
wybuchów wielkiego śmiechu. Tę grę mają we krwi.
Poczucie wolności jakiego udziela im grupa /symptom artystyczny
w odróżnieniu od przeciętnego, dobrze bawiącego się
towarzystwa/ jest ich celem w nie mniejszym stopniu niż malowanie
obrazów. Obrazy są przejawem ubocznym właściwego
im stanu - jak go nazwać? - swobodnego rozformowania, który
osiągaja oddychając powietrzem absurdu.
Pytanie --- po co bezpieczeństwo grupy, po co absurd wewnątrz,
skoro na zewnątrz w społeczeństwie jest dosyć
absurdu.
Odpowiem małym rozróżnieniem: to co panowało na zewnątrz
w chwili pojawienia się grupy w 1982 roku, nie było absurdem,
lecz nonsensem. Panowała atmosfera żenująco kłamliwej
dosłowności nie dająca szans artyście, który
w warunkach stałego zaprzeczania sensu nie potrafi tworzyć
z niczego. Dotyczy to sztuki młodej , której "historyczność"
niszczy w zarodku "substancję". W chwili powstania
ich własnej, silnej, swobodnej społeczności społeczeństwo
żyło pod przymusem. Jego objawem był brak obywatelskich
swobód, lecz prawdziwą przykrością, rzeczywistą
przyczyną presji była jawność mechanizmu społecznego,
który rzekomo doskonale moze obejść bez swego podmiotu,
tj. społeczeństwa. Widok gołego mechanizmu, szkieletu
pozbawionego naturalnych odruchów i opartego o konieczność
niezmiennego funkcjonowania, był przyczyną poczucia dręczącej
fikcji (jej symbolem nich będzie ślepy koń chodzący
w kieracie).
Presja sytuacji odzwierciedla się jednak bezpośrednio
nie w utworzeniu jakichś więzów grupowych, bo ich potrzeba
jest wtórna w stosunku do potrzeb artystycznych. Jej istnienie odbija
się na samym charakterze zabawy, która zwykle nazywa się
sztuką, a którą przyjemnie byłoby pomylić z
młodością.
Grzyb układa włosy Sobczykowi i tarmosi
mu brwi---
Publiczność, stwierdziwszy, że
młodość trzyma ich wszystkich pod kluczem, odmówiła
wspólnictwa i przeciwstawiła im racje 1.artystyczne, 2.filozoficzne,
3.formalne. "Aby malarstwo było malarstwem Kraków od Wisły
odepchnąć się nie da!". Rzecz charakterystyczna
- pierwszy atak skierowano na tożsamość grupy. Poszczególni
członkowie niebywale się od siebie różnią! W
odpowiedzi grupa przedstawiła swoją metodę: Sobczyk
doprowadził ostatni argument do zasłużonego absurdu,
Grzyb wtórował mu głośnym śmiechem "uhu
hu!". Niestety, uwaga skupiona na obrazach wiszących na
ścianach nie pozwoliła zgromadzonym docenić podstawowych
korzyści tej metody. Osobowość autorów i osobowość
obrazów na równych prawach - to w pewnym sensie zatruwa estetyczną
przyjemność, ta jakaś... domieszka.
Zauważono, że obrazy są nieestetyczne, brzydkie,
a nawet brzydota, ktora ostatecznie mogłaby być ich artystyczną
korzyścią, jest jakby... za łatwa. Ktoś wysunął
hipotezę zemsty na języku: że przyciśnięci
sytuacją, biorą odwet na malarstwie; ich ogólna podejrzliwość
co do języka sprawia, że chcą wzmosnić malarstwo
osobowością; będąc drogą a nie celem jest
ono wystawione na cios.
Zresztą sami wystawiają się na niebezpieczeństwo.
Niespokojni o artystyczny wynik swoich poszukiwań korzystają
z okazji konfrontacji z publicznością i nadają wystawie
wyszukany tytuł /tytuły to ich specjalność/
"Pojedynek na huśtawce".
W tej burzy uczuć, jakby kotwica spoczynku,
Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku:
"Zamordować Hrabiego! Łotra! Krzyknął w
gniewie,
Zginąć albo zemścić się! a za co? sam nie
wie!
- Dlaczego "zemsta"? - Marek Sobczyk
obruszył się. - To jest po prostu niezbędnik. Podręczny,
przenośny niezbędnik. Tym obrazom niczego nie brakuje.
Podsuwam im performence (a performujcie sobie, performujcie...):
czy nie jest to jaśniejsza idea grupowej działalności?
Osobowość na wierzchu, produkcja różnych dowcipnych
sytuacji, zaangażowanie publiczności, a obrazy, ostatecznie,
gdzieś z boku...dlaczego nie?
Marek oburzony:
- Dlaczego performance? a czemu nie jakiś fluxus? - ktoś
inny powie - róbcie happening... róbcie to - tamto. Tosą wygodne
formułki! Mamy się dać zamknąć?
Do rękoczynów nie doszło. Dzicy są, jak powiedziałem
, łagodni, oswojeni. Wkrótce dyskusja utonęła na
semantycznych poziomach, na języku, na meta-języku...
...
Ciekawiła mnie ich łatwość. Jak radzą sobie
z łatwością? To, że od razu ich pokochałem
, zmusiło mnie do zapytania: nie za łatwo? Potruź
ich trochę, za prędko ciebie zdobyli. "Młodości
wystarczy własne bogactwo i niechaj się nim zadowala".
Oni nie chcą rezygnować z własnej niezależności
i ze świadectwa czasu jakie wystawili. Ale zrezygnować
muszą.[nieczytelne]. Sprawdź, w którym miejscu powstanie
pierwsze niedomówienie. Obserwuj, jak ona zamienia im się w
kult - jak on im się nudzi - jak z nim przestają. Patrz,
jak gryzie ich ta sama troska; przez nią stali się środkiem
oczyszczającym krew i przyspieszajacym jej krążenie.
I ten śmiech wielki, jak się zajął
w mgnieniu oka,
tak wywietrzał; znów zdjęła go żałość
głęboka.
Wytrącić ich z grupowości! Natychmiast
pozbawić ich tej zasady zanim będzie za późno. Który
z nich? Sobczyk? /On już wie/. Marku co cię przy nich
trzyma? Zerwij. Wypłyń na szerokie wody.
Dziwne, że ta negatywna sztuka przywiązana do malarstwa
nie wzbudziła ostrzejszej reakcji. Może zaważyło
tu, że nazbyt są udręczeni i bezbronni, a przede
wszystkim - zbyt otwarci i -jednak prostoduszni, i zbyt zaufali
młodości i metodzie? (Nieśmiałość
ich prowokacji).
A może wyzwanie, które niesie mimowonie ich działalność,
nie natrafia na opór z przyczyny panującej w interesie pustki?
Jakby nie było porównajmy ich intuicją czasu, dzięki
której każdą myśl chwytają w jej zmiennym ,
dynamicznym obrocie, z twórczością tych, którzy tak dobrze
opanowali swój własny genre, że zdolni są jedynie
do powielania samyych siebie (przez co mają prawo uchodzić
za męczenników, którym kazano strugać pale i własnoręcznie
ich dosiadać)... Jest to jednak nowa czułość.
...
Woźniak i Grzyb uprawiają sztuke karate. Widziano ich
nad Wisłą okładających się fair kopniakami.
Wracaliśmy z Grzybem i jego żoną do domu tym samym
pociągiem i zgadało się , że obaj mamy trudności
mieszkaniowe. Panuje przejmująca ciasnota.
grudzień 1985

Pierwsza wystawa w Galerii Zderzak. Pokaz obrazów Marka Sobczyka,
pazdziernik 1985.
|